niedziela, lipca 15, 2018

Oceniam komiks po wyglądzie! Tak, nie czytałem jeszcze najnowszego komiksu Daniela Chmielewskiego na motywach powieści Olgi Tokarczuk, ale nie powstrzymuje mnie to (jakby kiedykolwiek mnie to powstrzymywało) by stwierdzić, że będzie to najlepiej opracowany graficznie komiks tego roku. Uwielbiam jak publikacja jest dopracowana w najmniejszych szczegółach, a ta taka właśnie jest. Świetnie dobrana typografia, ładny skład, kolory, papier, nawet taka pierdoła jak stopka jest schludnie przygotowana. Ciekawostką są piktogramy, które pojawiają się w pewnym momencie na stronie i zmuszają czytelnika do zmiany sposobu trzymania komiksu z poziomego na pionowy. Nie mogę się już doczekać by sprawdzić ten "bajer" w praktyce. Rysunki Daniela Chmielewskiego również zasługują na oklaski. Naprawdę świetna robota. Owszem, kartkując dało się wyłapać momenty "zmęczenia", ale generalnie jestem pod wielkim wrażeniem i pierwsze o czym pomyślałem widząc plansze komiksu to "wow, nie widziałem, że Daniel tak potrafi". Potrafi.
Sprawdźcie, raczej nie pożałujecie i jest szansa, że nawet przeczytacie ten komiks przede mną.
Serio, to najlepiej wydany polski komiks tego roku. Ja wiem, że ludzie w Internetach piszą o Panu Żarówce, ale ośmielę się stwierdzić, że Żarówka odpada w przedbiegach.

---

Opis wydawcy:
Mity powstają dopóki istnieją ludzie, którzy chcą ich słuchać. Współcześni aojdzi nadal snują opowieści o początkach naszego świata a do ich grona w wielkim stylu dołączają Olga Tokarczuk i Daniel Chmielewski przypominając nam historię sumeryjskiej bogini uwięzionej w krainie zmarłych. Opowieść, którą czytelnicy i czytelniczki mogą znać z powieści Tokarczuk "Anna In w grobowcach świata" zyskała nową wersję!

Niedaleka przyszłość. Nina Szubur rusza na ratunek swojej ukochanej, uwięzionej w podziemiach miasta Uruk, Inanny. W ciągu kilku dni świat, który znała Nina, okaże się misternie utkaną siecią kłamstw i zależności, a od jej działań zależeć będzie życie nie tylko Inanny, ale i wszystkich mieszkańców Uruk.

Daniel Chmielewski, autor m.in. Zapętlenia i Podglądu (do scenariusza Marcina Podolca) podjął się niezwykle ambitnego zadania. Podróż korytarzami, windami, przez komnaty i ogrody podziemnego świata to wielka opowieść o poszukiwaniu sensu istnienia, w której spotykają się światy rodem z wizji Ballarda i starożytnego mitu.


Scenariusz, rysunki, skład: Daniel Chmielewski
Okładka: Alicja Kobza | Poważne Studio
Wydawnictwo: Wydawnictwo Komiksowe w ramach serii Nowy Komiks Polski
-

Sprawdź gdzie kupić najtaniej


czwartek, grudnia 07, 2017

Jeżeli chwalisz się przed kumplami, że widziałeś/widziałaś Gwiezdne Wojny 25 razy, znasz na pamięć wszystkie kultowe kwestie wypowiedziane w filmach przez Arnolda Schwarzeneggera, jarasz się za każdym razem, gdy oglądając film wyłapiesz ukryty smaczek, albo jesteś jednym z tych osób, które uwielbiają filmy z gatunku "wojownicze wilkołaki cyborgi w kosmosie", no cóż, pewnie już to wiesz - jesteś geekiem. Witaj w klubie. Dla takich osób jak my, wydawnictwo IDW przygotowało encyklopedię ciekawostek pochodzących z kultowych filmów, głównie z lat 80-tych i 90-tych.

No dobra, z tą encyklopedią to trochę przesadziłem. Mimo, że taki opis sugeruje sam wydawca to tak naprawdę Cinegeek to zbiór luźnych, niepowiązanych ze sobą, nierzadko dziwacznych ciekawostek. Wizualnie, na pierwszy rzut oka przypominają komiks, ale bliżej im do jedno lub dwu-planszowym ilustrowanych infografik. Zamiast jednak na siłę próbować zdefiniować czym jest ta publikacja przedstawię Wam kilka wybranych haseł, które pojawiły się w książce.

I tak, możemy: poznać ewolucję kostiumu filmowego Batmana, poznać dziewięć najbardziej strasznych filmowych domów, dowiedzieć się jak wygląda zestaw-gotowiec na każdy film Michaela Baya, przypomnieć sobie najbardziej męskie "powroty" Arnolda Schwarzeneggera, uświadomić sobie, że bez niektórych filmów super-bohaterskich żyłoby się nam lepiej, poznać filmy, które z małym budżetem zarobiły kupę kasy, zobaczyć starcie Jean-Claude Van Damme vs Chuck Norris, poczytać o najciekawszych kontuzjach Jackie Chana w 120 filmach, dowiedzieć się jacy aktorzy, grali Szatana, zobaczyć kostiumy, za które projektanci powinni być sądzeni, dowiedzieć się jakie są największe filmowe stwory (spoiler: tak, wygrywa Exogorth), poznać stare filmy, w których straszne stwory trzymają niewiastę w ramionach. Ok, myślę, że macie już ogólne wydobrzenie o czym jest ta publikacja.

Już tylko na podstawie tych kilku wymienionych powyżej przykładów ciekawostek można się domyślić, że publikacja jest przygotowana z jajem. Poza luźną, komiksową szatą graficzną spora część smaczków jest zrobionych tylko po to by ponabijać się z aktorów lub samego filmu. Świetnym przykładem jest komiks (jedyny komiks w całej publikacji), w którym szcześcio-i-pół-letnia Ethel opowiada o czym jest film "Alien". Poza ciekawostkami, typowymi heheszkami, w książce znajdziecie kilka quizów, na zasadzie, co to za dziwaczne pojazdy, albo z jakiego filmu pochodzą te roboty, które tylko z pozoru brzmią banalnie (no chyba, że to tylko ja miałem z nimi problem). Jeżeli tego Wam mało to na końcu albumu znalazł się mały kącik kulinarny, gdzie znajdziecie dwa przepisy - jeden z Bonda, a drugi z Powrotu do przyszłości. Możecie zgadywać o jakie trunki (podpowiedź) chodzi.

Graficznie album jest wydany rewelacyjnie. Mocno popowa stylistyka, trochę komiks, trochę cartoon. Do tego zamknięta, jaskrawa kolorystyka z dominującym różem, błękitem, czerwienią i filetem. Zerknijcie zresztą sami na zdjęcia.

Autor: Pluttark
Wydawnictwo: IDW
-
Tutaj kupisz ten komiks

środa, listopada 08, 2017

Garbage Night to albumowy debiut Jen Lee i jednocześnie kontynuacja historii z zeszytu komiksowego Vacancy, który ukazał się w ramach serii Nobrow 17x23, publikującej komiksy młodych, początkujących twórców. Jednym z tytułów w ramach serii 17x23, który z krótkiego zeszyciku przerodził się w popularną serię komiksów dla dzieci jest Hildafolk Luke'a Pearsona. Życzyłbym sobie podobnego sukcesu z komiksem pani Lee i kontynuacji w postaci dłuższej serii.

Garbage Night opowiada historię trójki przyjaciół psa Simona, jelenia Reynarda i szopa Cliffa, których los związał ze sobą w dość niecodziennych okolicznościach. Najwyraźniej jakieś wydarzenie doprowadziło do całkowitej ewakuacji ludzi z miasta. Wśród opustoszałych budynków, w post-apokaliptycznej scenerii grasują dzikie zwierzęta z pobliskich lasów, szukające pożywienia w porzuconych przez ludzi śmieciach. No i jest Simon, pies, pozostawiony przez swoich właścicieli. Jest trochę naiwny, trochę nieśmiały, ale przede wszystkim jest nieprzystosowany do życia w dziczy. Na jego szczęście, w jego nowym życiu bez ludzi pojawiają się Reynard i Cliff. Ta para to w większym stopniu pozerzy niż królowie życia za jakiś się sami uważają, ale to i tak najlepsze na co może liczyć Simon, o czym szybko się przekonuje. Album zawiera znaną z komiksu Vacancy historię, w której nasi bohaterowie się poznają oraz tytułową historię Garbage Night, w której do naszego trio dołącza Barnaby, tajemniczy nieznajomy, który twierdzi, że zna inne miasto, w którym nadal mieszkają ludzie, a co za tym idzie jest cała masa śmieci (czytaj: jedzenia). Dla Simona to szansa na odnalezienie swoich właścicieli, dla Cliffa i Reynarda to szansa na niezłą wyżerkę, natomiast dla Barnabiego ... no właśnie, o tym musicie przeczytać sami.

Ja się zakochałem w świecie i bohaterach wykreowanych przez Jen Lee. Uwielbiam motywy post-apo, chociaż te w komiksie Garbage Night są mocno umowne. Właściwie to tylko sama autorka tak określa świat, w którym przyszło żyć naszym bohaterom. Nie wiemy co się stało z ludźmi, ich nieobecność i puste budynki są tylko tłem dla wydarzeń, których bohaterami mają być dzikie zwierzęta i udomowiony pies.

Sama kreacja postaci też jest genialna. Te antropomorficzne zwierzaki, to nic innego jak dzieciaki z sąsiedztwa. No dobra, mojego sąsiedztwa, nie wiem gdzie Wy mieszkacie. W każdym razie chłopaki ubrane w bluzy z kapturem, podarte rurki, trampki i jeansowe kamizelki. Czaicie klimat. Na pewno Jen Lee czai.

Sam projekt postaci i fajna historia to nie wszystko co wyróżnia ten komiks. Jen Lee operuje bardzo dobrym warsztatem. Ma świetną cartoonową kreską i genialny zmysł do kolorów. Mam tylko jedno ale - jestem troszeczkę rozczarowany stroną graficzną historii Garbage Night, w porównaniu do Vacancy jest mniej szczegółowa. Wiem, wiem, to żaden argument, ale trochę żałuję, że autorka nie zachowała spójności stylistycznej obu historii. Niemniej jednak, jest to świetnie narysowany i rewelacyjnie pokolorowany album komiksowy. Polecam.

Autorka: Jen Lee
Wydawnictwo: Nobrow
-
Tutaj kupisz ten komiks

niedziela, lutego 05, 2017

Przygody Robinsona Crusoe autorstwa angielskiego pisarza Daniela Defoe to niewątpliwie klasyk literatury młodzieżowej. Chyba trudno znaleźć kogoś kto nie słyszał o przygodach angielskiego rozbitka, który po katastrofie statku, cudem odnajduje ocalenie na bezludnej wyspie, na której w samotności (no prawie) spędza 13 lat. Nie trzeba już nawet zanurzać się w tekst Daniela Defoe by poznać dalsze losy rozbitka. Dzieło anglika doczekało się tak wielu adaptacji literackich, filmowych, serialowych czy teatralnych i ciągle inspiruje nowe, że na prawdę, trudno mi sobie wyobrazić by ktoś nie słyszał o losach Robinsona Crusoe.

Mnogość adaptacji niesie ze sobą pewien problem - coraz trudniej jest wymyślić coś nowego, świeżego, ale jednocześnie zgodnego z duchem klasycznej powieści. Pochodzący z Kuby artysta Ajubel podjął się tego wyzwania przedstawiając historię rozbitka wyłącznie obrazem. O ile w posłowiu książki czytamy, że technika narracji Ajubela czerpie bardziej z technik literackich i filmowych, niż czego można by się spodziewać z komiksu, to mimo tego nie można odmówić publikacji mocno komiksowego charakteru. Autor zaadaptował powieść Daniela Defoe w postaci monumentalnych, dynamicznych, całostronicowych 77 ilustracji stanowiących nieme sekwencje historii Robinsona Crusoe. Należy zwrócić uwagę, że zadanie nie należało do najłatwiejszych. Synteza dzieła Defoea do postaci kilkudziesięciu plansz, tak by całość zachowała dynamiczną ciągłość fabularną i jednocześnie czytelność, z pewnością była dla Ajubela nie lada wyzwaniem. W moim odczuciu poradził sobie z nim rewelacyjnie. Z początku nie byłem przekonany do stylu jakim operuje artysta. Zdecydowanie bardziej podobały mi się pierwsze, czarno-białe plansze. Jednak wraz z lekturą książki coraz bardziej doceniałem dynamiczny charakter kolorowych ilustracji Ajubela. Brak tekstu oraz ograniczoną objętość autor rekompensuje właśnie ekspresyjnymi ilustracjami, które wywołują wrażenie ruchu na poszczególnych planszach.

Sama książka również jest bardzo fajnie wydana. Gruba okładka z kolorową obwolutą i szytym środkiem. Osobiście jestem rozdarty i nie wiem czy publikacja podoba mi się bardziej z czy bez obwoluty. Po ściągnięciu kolorowej obwoluty znajdziemy, prostą, minimalistyczną, szarą okładkę, wyłącznie z odciskami stóp. Ten zabieg bardzo ładnie, graficznie koresponduje z wyklejką w środku książki, która wygląda jakby była odbita za pomocą linorytu. Nie mam porównania z oryginalnym wydaniem, ale ja jestem zadowolony z polskiego wydania. Brawo Wydawnictwo Tako. Polecam.

ps. z każdego sprzedanego egzemplarza 1 zł przekazywana jest na pomoc uchodźcom.

środa, grudnia 14, 2016

Muszę przyznać, że zapowiedź komiksu Emily Carroll w ofercie wydawnictwa Entliczek była dla mnie miłym zaskoczeniem. Z jednej strony to, o ile mnie pamięć nie oszukuje, pierwszy komiksowy tytuł oferowany przez to wydawnictwo. Z drugiej jest to pozycja, którą bardzo chciałem przeczytać. Through the Woods, bo tak brzmi oryginalny tytuł komiksu, przewijał mi się wielokrotnie na różnego rodzaju podsumowaniach, topach, bestach i innych zestawieniach najlepszych z najlepszych, skutecznie podsycając mój apetyt na jego lekturę. Teraz ja spróbuję podsycić Wasz apatyt na tę pozycję.

Przez las to zbiór pięciu opowieści grozy, których wspólnym łącznikiem jest tytułowy las, a dokładniej to co co skrywają leśne ciemności. Strach przed ciemnością jest jednym z tych pierwotnych lęków, który towarzyszy nam całe życie. Nie jest jednak tak, że od czasu do czasu, w kontrolowanych warunkach nie lubimy być straszeni, czy to w książce, filmie czy właśnie komiksie. Trochę jakbyśmy chcieli poigrać z tym uczuciem lęku w nas samych, bo w głębi wiemy, że i tak się go nie pozbędziemy. Emily Carroll mistrzowsko odpowiada na to zapotrzebowanie, serwując czytelnikom przeraźliwą przechadzkę polnymi i leśnymi ścieżkami pełnymi mrocznych tajemnic.

Autorka w swoich historiach wyznaje zasadę, że lęk przed nieznanym podsycany ludzką wyobraźnią to idealna kombinacja na dobre straszydło. Dobrze to ukazuje pierwsza z historii Dom sąsiada i zarazem jedna z moich ulubionych, w której nie mamy do czynienia z jasno zarysowanym i nazwanym złem. Opowiadanie buduje napięcie i narastające uczucie lęku stopniowo z kartki na kartkę, po to by zakończyć się z nutką niedopowiedzenia i dać szanse by wyobraźnia czytelnika pociagnęła go głębiej w mroczne zakątki historii.

Moją drugą ulubioną historią jest opowiadanie - Rodzinne gniazdo, które konstrukcyjnie jest trochę inne niż Dom sąsiada. Tutaj samo zło jest już mocno zarysowane, ale sam pomysł na nie, oraz na samą fabułę jest po prostu genialny i wywołuje autentyczne uczucie niepokoju. Dostarczy Wam, podobnie zresztą jak pozostałe historie sporej dawki grozy.

Ale i tak, dla mnie najstraszniejszą z całego zbioru historii było króciutkie opowiadanie zamykające album. W dużej mierze przez rysunki Carroll i to co tam narysowała, ale to musicie zobaczyć sami.
No właśnie, obok formuły opowiadań, w których niepodpowiedzenie gra dużą rolę mamy jeszcze niesamowite, klimatyczne ilustracje. Emily bardzo mocno eksperymentuje graficznie w swoim albumie. Przede wszystkim zaciera granicę między komiksem a picturebookiem - nie utrzymując jakiejkolwiek reguły w kwestii kadrowania czy umieszczania dialogów w dymkach. Zabawa typografią jest tu bardzo istotna, ponieważ autorka używa jej nie tylko do opowiadania treści, ale także jako element graficzny. Jak w przypadku historii Dłonie pani są zimne, w której treść wkomponowana jest w długi, wijący się przez kilka plansz dymek. Swobodnie są także potraktowane ilustracje i paleta kolorów.
Brak jednolitej formy wizualnej w żadnym stopniu nie jest zarzutem, to wbrew pozorom przemyślany styl Emily Carrol, idealnie współgrający z niosącymi niepokój historiami.

Polecam wszystkim, którzy mają ochotę na trochę grozy. Publikacja w moim odczuciu idealnie nada się dla nastolatków i dorosłych.

Autorka: Emily Carroll
Wydawnictwo: Entliczek
-
Sprawdź gdzie kupisz tanio.  

środa, października 21, 2015

Dokładnie dwa lata temu (październik 2014) wydawnictwo Egmont zorganizowało pierwszą edycję Konkursu im. Janusza Christy na Komiks dla Dzieci. Konkurs miał dać szansę młodym twórcom komiksów na wykreowanie bohaterów i serii komiksowych dla dzieci w duchu twórczości Christy. Tak jak kiedyś komiksy Christy uczyły i inspirowały młode umysły obecnych trzydziesto-paro-latków, tak teraz pokonkursowe komiksy miały inspirować ich dzieci.
Efektem pierwszej edycji było wydanie pięciu nagrodzonych i wyróżnionych komiksów. Na początku tego roku wydawnictwo ogłosiło drugą edycję konkursu, która całkiem niedawno zaowocowała pojawieniem się na naszym rynku czterech nowych tytułów. O ile tytuły z pierwszej edycji (z wyjątkiem jednego) nie przypadły mi szczególnie do gustu, tak efekt drugiej edycji bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. 

W tym i kolejnym wpisie postaram się przekonać Was do dwóch komiksów, które moim zdaniem zasługują na szczególną uwagę. Pierwszym z nich jest Niezła draka, Drapak!, stanowiący debiut komiksowy (albumowy) rysownika i ilustratora Tomka Kaczkowskiego, który wykreował postać Drapaka do scenariusza Bartosza Sztybora.
Komiks przedstawia nam postać Kornela, właściciela antykwariatu, który pod osłoną nocy zakłada super-bohaterski kostium by walczyć ze złem jako Drapak. W pierwszym tomie nasz bohater musi stawić czoła przeciwnikowi, który wykorzystuje muzykę by zapanować nad mieszkańcami miasta.
Tak, mamy tutaj do czynienia z dobrze znaną formułą komiksu super-bohaterskiego i jest to celowo narzucona konwencja. Widać, że autorzy doskonale czują klimat tego typu komiksów i bawią się tą formułą świetnie kreując świat Drapaka. Nie trudno też odnaleźć w komiksie inspiracje Batmanem. Ba! W zasadzie Tomek Kaczkowski nie stara się ukryć swoich fascynacji tą postacią, przelewając je na świat Drapaka. Komiks jest przeładowany odniesieniami do komiksowej popkultury, ale nie tylko. Praktycznie z każdej planszy autorzy puszczają do nas oko, a to napisem TMNT wymalowanym nad kanałami, a to przeróbkami starych plakatów filmów z lat 90-tych.

Bez wątpienia komiks Kaczkowskiego i Sztybora to szansa na wypełnienie luki na polskiego super-bohatera w komiksach dla dzieci. Forma graficzna jest moim zdaniem idealnie trafiona. Prosty, przerysowany, cartoonowy styl Tomka Kaczkowskiego idealnie pasuje do komiksu dla młodego pokolenia wychowanego na współczesnych amerykańskich kreskówkach. Natomiast zabawna, pełna akcji fabuła powinna wciągnąć młodego czytelnika do ostatniej strony.
Jestem przekonany, że dzieciaki pokochają Drapaka i kto wie, może doczekamy się polskiej serii komiksowej, która sprawi, że dzieci będą chciały być Drapakiem. Było by super!

Zachęcam byście dali szansę temu komiksowi, szczególnie, że jego cena jest naprawdę przystępna.

Ps. W przygotowaniu jest już tom drugi.

Scenariusz: Bartosz Sztybor
Ilustracje: Tomasz Kaczkowski
Wydawnictwo: Egmont
-
Tutaj kupisz tanio

środa, października 07, 2015

Tym razem zachęcę Was do zapoznania się z bardzo fajną, ładną i (relatywnie) tanią serią komiksów. 17x23 to formuła, pod którą wydawnictwo Nobrow publikuje komiksy młodych, początkujących twórców. To taka trampolina, z której autorzy mają szansę wybić się do większych komiksowych projektów. Założenie serii jest bardzo proste, 24 strony w tytułowym formacie 17x23 cm, tyle dostaje każdy autor na opowiedzenie swojej historii. Żeby nie rozpisywać się dłużej o samym projekcie, a z marszu zachęcić Was do tytułów wydawanych pod szyldem 17x23, powiem, że to właśnie w ramach tej serii zadebiutowała Hildafolk (w Polsce komiks ten ukazał się pod tytułem Hilda i Troll), komiks autorstwa Luka Pearsona. Przykułem Waszą uwagę?

Poniżej szybki przegląd tytułów w ramach serii, które akurat posiadamy w naszej kolekcji. Od razu sprzedam Wam cynk gdzie kupować poniższe komiksy - BookDepository! To zagraniczny dyskont książkowy, mają sporo cenowych promocji ale co najważniejsze, wysyłka do Polski jest całkowicie za darmo.

środa, sierpnia 05, 2015

Pierwsza rodzina Marvela (trans. Marvel's First Family) zadebiutowała w 1961 roku na łamach własnego tytułu Fantastic Four. Komiks miał być odpowiedzią wydawnictwa na rosnąca popularność serii super-bohaterskich wydawanych przez konkurencyjne wydawnictwo DC Comics. W rzeczywistości dał początek nowej erze komiksów z przygodami obdarzonych super-mocami herosów i tym samym zapewnił wydawnictwu Marvel Comics niekwestionowaną pozycję komiksowego giganta po dzień dzisiejszy. Ojcami tego sukcesu byli Stan Lee oraz Jack Kirby, czyli ci sami panowie, którzy powołali do życia zastępy obecnie już kultowych postaci jak choćby Spider-Man czy Hulk oraz kolejne super-grupy takie jak Avengers i X-Men.

W pierwszym numerze komiksu Fantastic Four poznajemy głównych bohaterów, czwórkę poszukiwaczy przygód: Reeda Richardsa, jego przyszłą żonę Susan Storm, jej brata Johnnego oraz ich przyjaciela Bena Grimma, którzy na wskutek kosmicznego promieniowania zyskali super-moce. Polscy czytelnicy mieli okazję zapoznać się z wyrywkowymi przygodami tej grupy już w latach 90-tych dzięki przedrukom z wydawnictwa Tm-Semic.

Tyle jeżeli chodzi o skrótową historię serii. Czterdzieści cztery lata od premiery pierwszego numeru komiksu, wydawnictwo Marvel Comics wydaje albumowy hołd swojej pierwszej super-bohaterskiej serii. Maximum Fantastic Four, bo o niej właśnie mowa, to nietypowa pozycja stanowiąca przedruk pierwszego numeru o przygodach Fantastycznej Czwórki, z tą różnicą, że każdy panel oryginalnego komiksu został tutaj zamieszczony na osobnej stronie/stronach. Z 32-stronicowego komiksu, otrzymaliśmy 224 strony powiększonego albumu z grubą, sztywna okładką.
Cały album utrzymany jest w bardzo pop-artowym klimacie. Otrzymujemy coś na wzór obrazów Roya Lichtensteina, gdzie każdy z kadrów Jacka Kirbiego świetnie funkcjonuje osobno, zawieszony poza fabułą całego komiksu. To pop-artowe odczucie w sporej mierze zawdzięczamy też odświeżonym i mocno podkręconym kolorom, które znalazły dopiero w przedrukach komiksu. Oryginalne plansze komiksu i tym samym oryginalne kolory można oglądnąć na zamieszczonych na obwolucie skanach. Wspomniana obwoluta to fajny smaczek-dodatek. Z jeden strony mamy wspomniane skany plansz, a z drugiej okładkę pierwszego numeru komiksu Fantastic Four w formie plakatu.

Maximum Fantastic Four to pozycja zdecydowanie dla fana wizualnych perełek, mimo, że oryginalna narracja komiksu nie została tutaj naruszona, jest to album zdecydowanie bardziej do oglądania niżeli czytania. W momencie, w ktorym przygotowuję ten wpis tytuł jest nadal dostępny w promocyjnej (66,94 zł) cenie na Multiversum. Dlatego szczerze polecam spieszyć się. Wątpię by podobna promocja szybko się powtórzyła.

Scenariusz: Stan Lee
Rysunki: Jack Kirby
Wydawnictwo: Marvel Comics

wtorek, maja 05, 2015

To już kolejny komiks, który ukazał się na naszym rynku dzięki wsparciu finansowym fanów i czytelników. Ta post-apokaliptyczna historia w kolorach lodów malinowych, pistacjowych i kawowych pierwotnie ukazała się jako darmowy e-komiks, a fani byli nią tak zachwyceni, że bez wahania trzykrotnie przebili próg planowego celu finansowego w serwisie wspieram.to. Autorami komiksu są Artur Kurasiński, na co dzień związany ze strefą e-commerce oraz blogosferą; oraz Michał Śledziński, którego dorobek komiksowy jest tak długi, że nie chce mi się go tutaj przywoływać.

Strange Years to pierwsza część serii komiksowej, której akcja dzieje się kilkanaście (strzelam) lat po wydarzeniach z 11 września i jak można się domyślić, wydarzenia te potoczyły się zupełnie inaczej niż w rzeczywistości. Artur fajnie opisuje swój pomysł, pozwolę sobie przytoczyć tutaj fragment jego opisu (źródło: www.strangeyears.com):

Na pomysł albumu jak i całej serii wpadłem zastanawiając się, co by było gdyby wydarzenia 11 września w USA były tylko pierwszym elementem globalnej łamigłówki. Co by było gdyby nie byłoby wiadomo, kto jest napastnikiem, czego chce i jakie ma plany.

Jak ja, mieszkaniec Europy i stolicy dużego kraju odnalazłbym się w sytuacji, kiedy trzeba w godzinę spakować się i uciekać ze swojego domu pokonując tysiące kilometrów. Co by było gdyby w ciągu kilku dni cały świat, jaki znamy zniknął, a w jego miejsce pojawiłby się nowe państwa, porządek społeczny a na powierzchni ziemi nowe osady i miasta. Innymi słowy mamy do czynienia z klasyczną opowieścią w klimacie post-apokaliptycznym.


Głównymi bohaterami tej historii są dwaj bracia: Elvis i Reuben, których dzieciństwo przypadło na okres, w którym kształtował się post-zagładowy świat przedstawiony w komiksie. Teraz są dorośli, a śladu po dawnej cywilizacji brak. Małe osady, które trudno nazwać miastami, hordy grasujących mutantów, prorocy i inne dziwne osobliwości, to świat, w którym przyszło im żyć. Całość uchwycona na barwnym, pastelowym tle. Zatrzymajmy się na chwilę przy tym tle, ponieważ to kolory w tym komiksie uderzyły mnie najmocniej. Odpowiedzcie szybko - w jakich barwach wyobrażacie sobie scenerię post-apokaliptycznego świata? Szaro, buro i ponuro? Pewnie sam bym tak odpowiedział, gdyby ktoś mi zadał takie pytanie. Michał Śledziński nie jest jednak twórczym konformistą i chwała mu za to. Nie wiem na ile jest to celowy zabieg wspierający fabułę czy po prostu chęć eksperymentowania przez rysownika, ale sceneria świata "po zagładzie" uchwycona na tle barwnego, kremowego nieba jest bardziej niepokojąca niżeli szara zawiesina.
Wracając do samej historii - Jesień jest pierwszym albumem w tej planowanej na cztery części serii. O ile jestem zachwycony stroną graficzną komiksu i sam pomysł na komiks bardzo mi pasuje, to trudno mi obiektywnie ocenić historię po pierwszym tomie. Dlaczego? Ponieważ album Jesień był w moim odczuciu za krótki. Autorzy skupili się na wprowadzeniu jak największej liczby postaci i wątków, które jak mniemam, będą rozwijane w kolejnych tomach. Przyznam, załapali mnie na wędkę swoimi pomysłami sprzedanymi w pierwszym tomie (OK, macie mnie), ale chciałbym móc już teraz powiedzieć - Wow, to była świetna historia - odkładając czwarty tom na półce, ale nie mogę, muszę cierpliwie poczekać. Nie pozostaje nam nic innego jak tylko zaufać autorom, że a) skończą ten komiks, b) kolejne tomy przyniosą więcej odpowiedzi niż pytań, a całość rozsadzi nasze umysły.

Ps. Czy tylko mi się wydaje, że Śledziu wzorował wizerunek Elvisa na Arturze? Czy to czyni Reubena Michałem? ;)

Pomysł na serię: Artur Kurasiński
Scenariusz i ilustracje: Michał Śledziński
Wydawnictwo: Kultura Gniewu
Oficjalna strona: strangeyears.com

środa, kwietnia 08, 2015

W sieci krąży trailer siódmej części sagi Gwiezdnych wojen, już bez reżyserii Georga Lucasa, który zajęty jest kasacją dotychczasowych serii komiksowych, w celu wypuszczenia tej jednej właściwej, najwłaściwszej. Część z Was pewnie jara się tymi wiadomościami niczym skóra Anakina w Zemście Sith (sorry), inna część wpada w furię - bo przecież już Mroczne widmo było spoliczkowaniem oryginalnej trylogii. Są wśród Was pewnie też tacy, którzy mają to totalnie gdzieś. Ale nie ważne czy jesteś fanem Gwiezdnych wojen, czy nie, łączy Was i tak jedna rzecz - jesteście lub prawdopodobnie będziecie kiedyś rodzicem. Tak, rodzicem! To taki dodatkowy etat, który w pewnym momencie dostajesz i masz już go do końca życia. Nie ważne czy jesteś kasjerką w banku, listonoszem czy może mrocznym rycerzem Sith budującym wielką Gwiazdę śmieci w celu przejęcia władzy na całą galaktyką, prędzej czy później staniesz przed największym wyzwaniem swojego życia - wychowaniem dziecka/dzieci.
Jeffrey Brown jest geniuszem. Może i nie potrafi ładnie rysować, ale rewelacyjnie potrafi uchwycić na jednej planszy zabawną prozę życia. Komiksy Darth Vader i syn oraz Darth Vader i córeczka to zabawna próba sportretowania przeciętnego ojca wychowującego syna i córkę z jedną małą różnicą, że zamiast "typowego" ojca mamy Lorda Vadera i jego dzieci Luke i Leia, reszta jest bardzo uniwersalna. To właśnie uniwersalizm tych krótkich historyjek i osadzenie ich w świecie Gwiezdnych wojen sprawia, że są tak bardzo zabawne.
Seria Jefrreya Browna stała się już kultowa na całym świecie. Doczekała się masy gadżetów w tym kolekcjonerskich figurek (chcę!). W Polsce za sprawą wydawnictwa Ameet doczekaliśmy się poza opisywanymi wyżej komiksami dwóch zestawów pocztówek, dzienniczka, książki Akademia Jedi. Czekam jeszcze na wydanie Goodnight Darth Vader.



Na koniec jeszcze jedna mała polecajka - jeżeli spodoba się Wam poczucie humoru Browna i nabierzecie ochoty na więcej jego komiksów to polecam I am going to be small - o wiele bardziej odjechane poczucie humoru, trochę marudzące, czasami na krawędzi, ale cały czas śmieszne.
Autor: Jeffrey Brown
Wydawnictwo: Ameet
-
Tu kupisz: Darth Vader i córeczka
Tu kupisz: Darth Vader i syn

wtorek, marca 24, 2015

Zawaliliśmy sprawę! Bajka o Czerwony kapturku z wilkiem w tle, a my jej nie patronujmy? W dodatku ilustruję ją Izabela Dudzik! Zawaliliśmy jak nic. Trudno, nie ma co płakać nad rozsypanymi jagodami. Zobaczcie o co cały raban.

Może jest to mało profesjonalne z naszej strony, ale faworyzujemy niektórych ilustratorów. Większość z Was zdążyła już zauważyć, że Izabela "Dewizka" Dudzik zajmuje szczególne miejsce w naszych serduszkach jako polski ilustrator młodego pokolenia (dwa razy ilustrowała top naszego bloga). Kochamy jej folkowe ilustracje i cieszymy się niezmiernie, że doczekała się swojej własnej, papierowej publikacji. Ani trochę nie dziwi wybór historii do zilustrowania. Bardziej leśnej bajki z klasycznego repertuaru chyba nie znajdziecie.

Czerwony kapturek w wykonaniu Izabeli to nieco uwspółcześniona baśń znana wszystkim z dzieciństwa. Wydana jest w formie niemego picturebooka, czy może nawet komiksu, w którym treść jest budowana wyłącznie za pomocą dwustronicowych plansz i piktogramów ujętych gdzieniegdzie w komiksowy dymek jako wypowiadana kwestia. Brak treści pisanej pozwala młodym czytelnikom na samodzielne opowiadanie historii i budowanie własnej narracji. Rezygnacja z tekstu sprawia, że nic nie rozprasza czytelnika i pozwala mu się lepiej skupić na dużych, ale szczegółowych ilustracjach. Takie ćwiczenie koncentracji będzie sprawdzane na koniec książeczki, gdzie czytelnik zostanie poproszony o odszukanie różnych przedmiotów, które poukrywane przewijały się przez całą bajkę. By jeszcze mocniej zaangażować młodego czytelnika w samodzielne budowanie historii, na ostatniej stronie bajki znajduje się czysta kartka, na której autorka zaprasza byśmy narysowali własne zakończenie historii. Nie zapomniano też o starszych czytelnikach, dla których Marek Jagielski napisał tekstową wersję Czerwonego Kapturka, umieszczoną na ostatnich stronach książki.

Publikację wydała Brambla, odpowiedzialna choćby za rewelacyjny Praktyczny poradnik młodego projektanta. Książeczka wydana jest bardzo prosto, ale zgrabnie. Niewielki, zeszytowy format, gruba, ale nie sztywna okładka z wielkim skrzydełkami (super) i grubym, matowym papierem wewnątrz. O ilustracjach nie będę się rozpisywał, powiem krótko - jaram się! Oby Izabeli nie znudziło się nigdy rysowanie leśno-folkowych klimatów!
Ilustracje: Izabela Dudzik
Tekstowa wersja bajki: Marek Jagielski.
Wydawca: Brambla
Gdzie kupić? Tutaj

wtorek, lutego 10, 2015

To, o ile się nie mylę, pierwszy komiks niebędący reprintem, wydany przez wydawnictwo Centrala w Wielkiej Brytanii. Fertility to komiksowy debiut Gosi Herby (rysunki, scenariusz) i Mikołaja Pasińskiego (scenariusz). Komiks opowiada o czterech kobietach, przyszłych mężatkach, które znajdują w starej księdze przepis mówiący, że zjedzenie zajęczej podpuszczki przed nocą poślubną zagwarantuje poczęcie i urodzenie chłopca. Wszystkie kobiety chcą urodzić zdrowych synów dla swych przyszłych mężów. Dlatego wybierają się do lasu rozłożyć sidła i upolować zające. Nie mają pojęcia, że to czego tak bardzo pragną, czyli tytułowa "płodność" (ang. Fertility) stanie się ich największym koszmarem.
Komiks Herby i Pasińskiego przywołuje na myśl stare ludowe baśnie i podania, w których świat zwierząt i ludzi przenika się na płaszczyźnie codziennej. Gdzie dwie społeczności żyją obok siebie z zachowaniem naturalnego porządku. Co jednak się stanie gdy ten porządek zostanie brutalnie złamany i dojdzie do konfrontacji obu światów i kultur? Tego na własnej skórze dowiedzą się cztery bohaterki komiksu.
Brutalna, momentami obsceniczna historia komiksu Fertility złagodzona jest świetnymi ilustracjami Gosi Herby. Wykonane w technice mieszanej plansze (tusz + cyfrowe kolorowanie), z ograniczoną sino-kremową paleta kolorów, genialnie oddają klimat starej baśni.
Komiks jest w pełni niemy, pozbawiony dymków. Herba bardzo dobrze radzi sobie wyłącznie przy użyciu narracji obrazkowej. Cały komiks podzielony jest na kilka mini rozdziałów, które pozwalają na szybsze przeskoki w czasie bez utraty czytelności fabularnej.
Największym (dla mnie) smaczkiem graficzny komiksu jest okładka stanowiąca fragment obrazu Gosi Herby pt. „In a Forest Dark and Deep”. I w gruncie rzeczy sam ten tytuł idealnie podsumowuje klimat komiksu.

Tak jak wspomniałem na początku, komiks ten został wydany w Wielkiej Brytanie, gdzie na początku 2014 roku wydawnictwo Centrala przeniosło swoją siedzibę. Można go jednak znaleźć w wybranych, polskich księgarniach specjalistycznych takich jak np. Picturebook.

UWAGA! O ile starałem się nie zdradzać za bardzo fabuły komiksu, to z racji tego, że komiks jest niemy, część plansz poniżej może to zrobić.
Scenariusz: Mikołaj Pasiński, Gosia Herba
Ilustracje: Gosia Herba

piątek, stycznia 30, 2015

Pamiętacie jak do znudzenia polecaliśmy i zapraszaliśmy Was na drugą edycję festiwalu Złote Kurczaki, która miała miejsce we Wrocławiu dnia 17 stycznia? Pisaliśmy, że będzie fajnie, że czeka Was tam masa atrakcji, pisaliśmy? Ano pisaliśmy! Jeżeli nie daliście się namówić to teraz patrzcie jakie graficzne cacuszko przeszło Wam koło nosa. ;) Jednym z gości festiwalu był niemiecki twórca komiksowy - Ralph Niese, który na naszym rynku zadebiutował w pierwszym numerze zina Triceps z wydawnictwa ATY.
Styl Ralpha przywołuje na myśl popartowe rysunki Paula Popa, Mika Allred'a czy też Jamiego Hewlett'a i jeżeli to porównanie nie sprawi, że z ekscytacją, czym prędzej przewiniecie stronę do obrazków, to już nie wiem co mogłoby to sprawić.
Ralph Niese tworzy głównie komiksy niezależne, wydawane w różnych antologiach przez rożnych wydawców na całym świecie. Zajmuje się też ilustrowaniem opakowań dla niezależnych twórców figurek. Jego najbardziej charakterystycznym tytułem/komiksem są przygody Młodego Czasopodróżnika (Young Time Traveller).
Postać Młodego Czasopodróżnika została wprowadzona w celu połączenia luźnych pomysłów zebranych z ostatnich 6-9 lat twórczości autora, by ostatecznie stworzyć kompletną sagę fantasy.
Na Złote Kurczaki Ralph przywiózł ze sobą kalendarz promujący jego komiks. Zresztą sam kalendarz jest też po części komiksem. Właściwie to taki miks. Z jednej strony mamy plansze kalendarza z drugiej plansze z komiksem o przygodach, wiadomo, Młodego Czasopodróżnika. Żeby tego było mało, jest jeszcze jedna ciekawostka. Z okazji wizyty Ralpha w Polsce, wydawnictwo ATY wydało komiks Młody Czasopodróżnik - Donald & Simon stanowiący fragment uniwersum Młodego Czasopodróżnika.

Na koniec przyznam się, że trochę się z Wami droczyłem. Jeżeli nie kupiliście kalendarza na festiwalu Złote Kurczaki to można go zamówić w sklepie Gildia. Podobnie zresztą jak komiks Czasopodróżnik - Donald & Simon (który przy odrobinie czasu też zaprezentujemy na naszym blogu).

Teraz podziwiajcie, napawajcie się, wsiąkajcie w te ilustracje jak masełko w ciepłego tosta.
Smacznego.
Autor: Ralph Niese

niedziela, grudnia 28, 2014

Jest jesień, dokładnie październik. Liście powoli zaczynają opadać z drzew. Napis na tablicy głosi "Welcome in Dockwood", czy raczej "Welcome in Cockwood", jak to przy użyciu puszki farby przeinaczył pewien lokalny dowcipniś. Dotarłeś do małego miasteczka na południowym-wschodzie Anglii, którego populacja nie przekracza liczby 26 tysięcy mieszkańców. Takiego typowego miasteczka, do którego przyjeżdżasz raz na jakiś czas odwiedzając ciotkę lub innego krewnego i wiesz, że w tym mieście nic, ale to absolutnie nic ciekawego się nie dzieje. Życie toczy się bardzo powoli, mozolnie wręcz, a każdy zajęty jest swoimi codziennymi obowiązkami.
Ten melancholijny, momentami flegmatyczny klimat jest typowy dla komiksów Jona McNaughta. W gruncie rzeczy Dockwood jest pozbawiony typowej fabuły. To dwie jesienne etiudy, w których Jon McNaught splata ze sobą codzienne życie trzech mieszkańców miasteczka, ukazując krótki fragment z ich życia w konfrontacji z sugestywną scenerią jesieni, rozgrywającej się w tle komiksu. Jon McNaught uwielbia skupiać się na małych, prozaicznych momentach życia przypominając, że to właśnie z nich ułożone jest cała nasza historia.
Dockwood to przede wszystkim genialne dzieło graficzne. Nie bez powodu wydane pod szyldem wydawniczym Nobrow. McNaught uwielbia symetrię w swoich ilustracjach. Tą fascynację zdradza już przy okładce, niemalże tworząc idealnie powtarzalny deseń z liści. Podobnie jest wewnątrz komiksu, patrząc choćby na układ kadrów i zawarte w nich ilustracje. Jon preferuje płaskie, bryłowe rysunki utrzymane w bardzo ograniczonej palecie barwnej. Jego styl jest bardzo charakterystyczny. W planach mamy jeszcze jedną prezentację jego publikacji, więc po tym wpisie powinniście od razu rozpoznać styl McNaughta.
Publikacja ta jest w planach wydawniczych Kultury Gniewu. Trzymajcie więc kciuki za rychłą realizację tego planu, ponieważ warto mieć McNaughta na swojej półce.
Autor: Jon McNaught
Wydawnictwo: Nobrow
-
Skąd zamówić? Chyba tylko z amazonu lub od wydawcy.

poniedziałek, grudnia 15, 2014

Wyobraźcie sobie klasyczne baśnie braci Grimm o Babie Jadze oraz Jasiu i Małgosi przekalkowane przez wyobraźnię przesiąkniętą mroczną twórczością Mike'a Mignoli, a otrzymacie album, który za chwilę Wam zaprezentuję. Quiet Little Melody to albumowy debiut Sebastiana Skrobola, w którym autor garściami czerpie z klasycznych, znanych nam z dzieciństwa bajek, zastępując ich niewinność bardziej mroczną, momentami makabryczną wizją. Sebastian bazując na schematach klasycznych baśni buduje swoją własną opowieść o dwojgu rodzeństwa, z których jedno jest śmiertelnie chore, a drugie postanawia wyruszyć w poszukiwaniu cudownego lekarstwa w głąb tajemniczego lasu pełnego wiedźm, wilkołaków i trupów.
Quiet Little Melody to w pełni niema historia podzielona na cztery, następujące po sobie akty, z których jeden jest retrospektywnym przerywnikiem rozwijającym główny wątek historii. Zabieg o tyle fajny, że przerywa "liniowe" czytanie całej historii, nadając jej bardziej dynamicznego charakteru.
Jak już wspomniałem cały komiks jest pozbawiony dymków z tekstem. Sebastian swoją historię opowiada uniwersalnie, przy pomocy jedynie zgrabnej narracji graficznej i wychodzi mu to świetnie. Jeszcze przed premierą komiksu, na podstawie przykładowych plansz można było zakładać, że będzie to jeden z bardziej widowiskowych graficznie komiksów tego roku. Założenia się potwierdziły, Quiet Little Melody to świetny album graficzny, z rewelacyjnymi mrocznymi ilustracjami, utrzymanymi w zamkniętej palecie barw. Nie sposób porównać rysunków Sebastiana do jakichkolwiek innych. Wypracował on sobie bardzo oryginalny styl z charakterystycznymi fluorescencyjnymi elementami graficznymi oraz teksturami w tle.
Komiks Skrobola to świetna baśniowa historia w rewelacyjnej mrocznej oprawie wizualnej z potencjałem na serię lub cykl. Jedyne co mi przeszkadza w tym komiksie to forma wydania. Niestety bardzo charakterystyczna dla Wydawnictwa Komiksowego, a totalnie nie pasująca do komiksu Skrobola. Zamiast matowego, kremowego papieru dostajemy papier śliski (kreda? powlekany?) totalnie nie oddający charakteru postarzanych, teksturowanych plansz komiksu. To samo z okładką, niestety, mimo, że jest to gruba, albumowa okładka, oddaje wrażenie taniej i ponownie niedobranej do formy graficznej komiksu. Szkoda, bo mogło to świetnie dopełnić całość, czyniąc z tego komiksu wizualne i edytorskie cacuszko pod każdym względem. No, ale jest to moje i wyłącznie moje widzimisię i polecam Wam komiks Quiet Little Melody bez dalszego przynudzania. Powinien się Wam spodobać, szczególnie jeżeli lubicie mroczne, baśniowe klimaty.

środa, grudnia 03, 2014

Przed Wami pierwszy z cyklu gościnnych wpisów, które będą co jakiś czas pojawiały się na naszym blogu. Nosiliśmy się z tym pomysłem już jakiś czas i praktycznie od początku chcieliśmy by to właśnie Maciej Gierszewski, autor bloga Kopiec Kreta rozpoczął tę nową tradycję na naszym blogu. Udało się. Wymyśliliśmy z Maćkiem, że fajnie by było zastanowić się nad fenomenem Fistaszków Charlesa Schulza. Za co tak bardzo kochamy Fistaszki? Maciej napisał świetny, osobisty tekst, z którym, o ile należycie do właściwego "kościoła" (subtelny spoiler) zgodzicie się w stu procentach lub, który po prostu przekona Was do tej serii. Nie zatrzymuję Was dłużej. Oddaję głos Maćkowi.
-
Niektórzy, nie wszyscy, nawet nie większość wszystkich, pozwoliliby się pokroić, byle by tylko mieć w swojej domowej biblioteczce kolejny album „Fistaszków zebranych”. Ogół czytelników można podzielić na dwie grupy: należących do Kościoła im. Charliego Browna i spółki oraz nie należących. Sam zaliczam się do pierwszej grupy.





Zrazu nasuwa się pytanie: Na czym polega fenomen „Fistaszków”? Nad nim zastanawiało się wiele mądrych głów (choćby Umberto Eco czy Jerzy Szyłak). Odpowiedzi jest tak wiele, jak osób próbujących jej udzielić. Ciężko na nie wyczerpująco i z sensem odpowiedzieć, dlatego nawet nie będę próbował. Fakt pozostaje faktem: komiksowe paski autorstwa Charlesa M. Schulza cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem, zdobywają rzesze nowych i wiernych czytelników.
Oczywiście nie do wszystkich trafia humor i rzeczywistość wykreowana przez autora. Znamienna dla tych komiksów jest szczątkowość i fragmentaryczność ujęcia akcji, która została zastąpiona głęboką introspekcją bohaterów. Komentuje się ich zachowania, próbując dociec motywów działania i zachowania.




Przestrzeń „Fistaszków” zaludniają jedynie dzieci. Cechą charakterystyczną jest całkowita fizyczna nieobecność dorosłych. Sporadycznie widzimy fragment kończyny (dolej lub górnej) dorosłego, nigdy jednak twarzy. O dorosłych się mówi, najczęściej o najbliższej rodzinie: mamie, tacie czy babci, ale i o nauczycielkach. Dorośli wypowiadają swoje kwestie zza kadru, nie mamy okazji ich przeczytać, możemy się jedynie domyślać – po odpowiedziach dzieciaków – co mówią i o co pytają. Cytowane są całe wypowiedzi, które okraszone są przez małoletnich bohaterów komentarzem – często ironicznym lub sarkastycznym – wskazującym na niezrozumienie przez dorosłych poruszanych kwestii.




Mam nieodparte wrażenie, że lektura „Fistaszków” jest doświadczeniem prywatnym, wręcz intymnym. Osobiście mogę mówić o pechu, jaki mnie prześladuje. Ponieważ najbliższe mi osoby nie dzielą ze mną niezdrowej fascynacji serią. Przestałem dzielić się paskami najtrafniej komentującymi rzeczywistość lub najśmieszniejszymi, bo gdy dawałem do przeczytania lub sam głośno czytałem, to słyszałem: „Już?”, „A gdzie pointa?” lub „Acha”.





Schulz na przestrzeni wielu dziesięcioleci powołał do życia ponad pięćdziesiąt dziecięcych postaci, z czego około piętnastu to bohaterzy pierwszoplanowi, pojawiający się regularnie. Z niektórymi się zaprzyjaźniamy, niektórych lubimy, innych nie, bo są irytujący. Z tak rozbudowanej grupy czytelnik może sobie wybrać osobę (lub osoby), której kibicuje, życzy jak najlepiej oraz identyfikuje. Przyznaję, jestem wielkim fanem całej rodziny van Pelt, do której należą: Lucy, Linus i Rerun. Gdybym musiał wybrać jednego ulubionego bohatera, bez którego nie wyobrażam sobie lektury „Fistaszków”, to wahałbym się między Lucy a Linusem, pewnie dlatego, że w każdej tej postaci odnajduję cząstkę siebie; ostatecznie wybrałbym Lucy.
Lucille ‘Lucy’ van Pelt: najstarsza z trojga rodzeństwa van Pelt. Regularnie zdobywa wszystkie możliwe stanowe i krajowe laury w konkursie na największą zrzędę, więc pewnie jest największą zrzęda na świecie. Cierpi na niezdiagnozowaną nerwicę natręctw – kompulsywnie musi liczyć (płatki śniegu, gwiazdy). Jest apodyktyczna i szorstka; uważa, że jest w pełni doskonała, a pozostali nie są. Z wielką precyzją sporządza listy wad swoich przyjaciół i wręcza je w dobrej wierze – aby wiedzieli nad czym mają pracować.

A Wy którą z postaci lubicie najbardziej i dlaczego? Piszcie.

Autorem Fistaszków jest Charles Schultz
Serię kolekcjonerską Fistaszki zebrane wydaje wydawnictwo Nasza Księgarnia.
Gościnny wpis przygotował:
Maciej Gierszewski: poeta, prozaik, redaktor, autor bloga Kopiec Kreta. Pisuje o komiksach, m.in. na ksiazki.wp.pl, Kolorowych Zeszytach oraz Alei Komiksu. Opublikował dwie książki z wierszami: Profile, Luźne związki oraz jedną z opowiadaniami: Moje życie z Dżejmsem. Prowadzi popularny fanpage na fb: Są komiksy dla dzieci. Mieszka w Poznaniu.
Wstęp i zdjęcia przygotował Grzegorz Teszbir

Sprawdź najtańsze oferty


wtorek, września 30, 2014

Komiks zdobywcą Światowego Rekordu Guinnessa? Tak! Ale zacznijmy od początku.
Projekt, który ostatecznie przyjął formę publikacji, którą Wam za chwilę zaprezentujemy, zakiełkował w głowie jednego człowieka - Jakuba Mazeranta. Jakub, będąc twórcą internetowej galerii Illustrate Yourself, promującej młodych, zdolnych ilustratorów z polski i zagranicy, wpadł na pomysł akcji integrującej członków IY. W maju 2006 roku rysując pierwszy kadr dał początek projektowi, którego celem było stworzenie komiksu bazującego na jednej prostej zasadzie "jeden artysta = jeden kadr". Każdy kolejny ilustrator otrzymywał poprzednie kadry i to od niego zależało w jaki sposób będą kontynuowane rozpoczęte już wątki. Każdy z ilustratorów miał ogromny wpływ na dynamikę akcji jak również na sam charakter i kierunek opowiadanej w komiksie historii. Scenariusz z kadru na kadr ulegał nieustannym zmianom, ewoluował w nieprzewidziane kierunki, ograniczone jedynie wyobraźnią twórców. Tak powstał projekt Pieces, którego głównym założeniem była konfrontacja różnych stylów graficznych oraz podejścia artystów do budowania wspólnej historii.
Projekt trwał cztery lata i jego oficjalny finał nastąpił w marcu 2010 roku. Przy jego tworzeniu udział wzięło 94 artystów z 17 krajów, zaś finałowy kadr komiksu przygotował mistrz - Tadeusz Baranowski. Pierwotnie Pieces funkcjonowało jako projekt typowo internetowy, dostępny jedynie na stronie internetowej Pieces Books. Jednak wraz z 10-tymi urodzinami galerii Illustrate Yourself, Pieces doczekało się formy drukowanej i to właśnie ta publikacja, w 2013 roku, została wpisana do Księgi Rekordów Guinnessa w kategorii "Most contributors to a published comic book" (Największa liczba współtwórców wydanego komiksu).
Jest to pierwszy tego typu wyczyn na polskim rynku komiksowym. Mamy nadzieję, że nie ostatni, szczególnie, że obecnie można śledzić drugą edycję projektu Pieces. Można się tylko domyślać, że autorzy projektu będą chcieli pobić swój własny rekord.

Sama publikacja wydana jest w albumowej formie, ze sztywną, punktowo lakierowaną okładką. Duże plansze formatu A4 dobrze oddają mnogość i różnorodność stylów graficznych. Album liczy sobie ponad 70 stron i poza główną częścią, czyli komiksem, zawiera notki autorów biorących udział w przedsięwzięciu oraz wywiad z Tadeuszem Baranowskim. Jedynka na grzebiecie komiksu sugeruje, że można śmiało robić miejsce i czekać na kolejny album po zakończeniu drugiej edycji.
Ciekawostka: Na zbliżającym się Międzynarodowym Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi odbędzie się prezentacja komiksu wraz z wystawą prac związanych z zarówno pierwszą jak i drugą edycją projektu. Informacja, która powinna ucieszyć kolekcjonerów jest taka, że podczas wręczania egzemplarzy autorskich będzie można nabyć limitowany egzemplarz komiksu Pieces Book 1. Liczba sztuk bardzo, ale to bardzo limitowana.
Pomysł i opracowanie graficzne: Jakub Mazerant
Ilustracje: 94 artystów z 17 krajów.
Wydawca: Illustrate YourLIFE Group

poniedziałek, września 29, 2014

Jeżeli nie przeczytasz tego opisu, prawdopodobnie na podstawie szybkiego przescrollowania zdjęć w dół stwierdzisz, że masz do czynienia z typowym zinem komiksowym. Masa autorów, kilkanaście/kilkadziesiąt jedno lub dwustronicowych komiksów zebranych w czarno-białej publikacji. W dodatku jeszcze prezentację publikacji zaczęliśmy od numeru trzeciego - bez sensu.
Jeżeli jednak czytasz ten opis, wiesz, albo za chwilę się dowiesz, że Profanum dalekie jest od wzorca typowego zina komiksowego. Na stronie internetowej publikacji czytamy:

Masz dość króciutkich komiksowych historyjek z których niewiele zostaje w głowie? Masz dość magazynów wypchanych nimi po brzegi? Witaj w klubie. Profanum to antologia, którą stworzyliśmy, żeby móc wreszcie przeczytać coś porządnego. Dlatego, dwa razy do roku chcemy dostarczać ponad 120 stron mięsistych historii od najlepszych doświadczonych twórców i najciekawszych młodych talentów.

Czy przesadzają? Nie. Faktycznie z każdym numerem dostajemy porcje kilku dłuższych, dopracowanych historii z fajną szata graficzną. Trzeci tom jednak bije wszelkie rekordy. Zamiast "ponad 120 stron" otrzymujemy "ponad 200 stron", 8 komiksów, z czego najdłuższy ma 58 stron. Zanim jednak zagłębię się w zawartość trzeciego tomu muszę wyrazić swoje małe, ale jednak, rozczarowanie. Po trzytomowej historii publikacji spokojnie mogę stwierdzić, że najlepszym komiksem drukowanym w Profanum był Buc Kartofel autorstwa Tomasz Grządzieli. Jednak do trzeciego tomu Tomek nie wyrobił się z nowym materiałem co, nie ukrywam, troszeczkę mnie rozczarowało. Tym samym, chociażby dla samych komiksów Tomka polecam również dwa poprzednie tomy Profanum ... o ile są jeszcze dostępne.
W trójce czarnym koniem okazał się Daniel Gizicki z dwoma mocnymi historiami: Dzieci swoich rodziców oraz Rodzice swoich dzieci, z rysunkami (w kolejności) Mikołaja Ratki oraz Wojciecha Stefańca (uwielbiam). Sensacyjne Centrum Reperacji Kołsuta i Wyrzykowskiego, które z przyjemnością zobaczyłbym w kolorze oraz zabawny Rycerz Janek z rysunkami Igora Wolskiego do scenariusza Mazura i Sienickiego zamykają peleton moich faworytów tego numeru.
Dopracowana szata graficzna, przemyślane historie i świetni twórcy, których prace czasami widzę po raz pierwszy na papierze. Mam nadzieję, że ta forma wydawnicza przyjmie się na naszym runku i tym samym doczekam się kolejnych, może jeszcze grubszych i treściwszych numerów Profanum.

Ps. Zerknijcie na okładkę autorstwa Igora Wolskiego. Chłopak jest niesamowity. Jego dbałość o szczegóły, dopracowanie ilustracji i dobór kolorów z pewnością przysporzy kompleksów niejednemu ilustratorowi.

Autorzy: Tomasz Kontny, Błażej Kurowski, Daniel Gizicki, Mikołaj Ratka, Jan Mazur, Bartłomiej Kuczyński, A.A. Turkiewicz, Rafał Kołsut, Janusz Wyrzykowski, Robert Sienicki, Igor Wolski, Wojciech Stefaniec, Artur Chochowski
Wydawnictwo: Dolna Półka

niedziela, września 21, 2014

Od 1915 do 1918 roku, pod niemiecką okupacją, Puszcza Białowieska była eksploatowana na niespotykaną skalę.
W efekcie masowego wybijania zwierzyny przez żołnierzy, dezerterów i kłusowników ze stada żubrów liczącego przed wojną 727 sztuk nie pozostało prawie nic.

Jest rok 1919, do Białowieży przyjeżdża zagraniczny jegomość Kurzt, który nie zawaha się przed niczym, żeby powyższy cytat skorygować z "prawie nic" na "nic". Kurzt przybył do Białowieży na zaproszenie biznesmena Wolanda, który ma chytry plan jak zarobić grube pieniądze na dalszej eksploatacji Puszczy Białowieskiej - wyciąć puszczę w pień, a następnie wybudować w jej miejscu luksusowy hotel. Na drodze ku realizacji tego planu stoją mieszkające w puszczy żubry. Dopóki ostatni z nich żyje Kurzt i Woland mogą zapomnieć o intratnym interesie, a tego akurat nie mają w planach. Na szczęście na przeciw destrukcyjnym zamiarom pary czarnych charakterów stanął najwybitniejszy polski przyrodnik – profesor Władysław Szafer, którego marzeniem jest utworzenie chronionego Parku Narodowego. Jednak by do tego doszło, musi on potwierdzić, że puszczę zamieszkuje przynajmniej jeden żubr. Tak zaczyna się akcja komiksu Tomasza Samojlika, autora m.in. Ryjówki Przeznaczenia oraz Norki Zagłady.

Czytając przygody Ostatniego żubra, nie sposób nie chłonąć ciekawostek związanych z historią rezerwatu w Puszczy Białowieskiej czy też jej mieszkańców. Jest to historia w pełni oparta na faktach (poza oczywistymi wątkami fantastycznymi), zaś jej autorem jest doktor Instytutu Biologii Ssaków PAN w Białowieży. To świetny miks wiedzy, pasji i talentu, który skutkuje cieszącymi się popularnością publikacjami komiksowymi dla najmłodszych. Samojlik bez trudu udowadnia jak bardzo komiks edukacyjny może być fajny, zabawny, ładny i przede wszystkim nienachalny. Warto też podkreślić, że choć komiks Ostatni żubr, dedykowany jest młodszym czytelnikom, to wcale nie oznacza, że Ci starsi nie będą dobrze się bawili czytając przygody małego żubra, a wręcz przeciwnie. No i powiedzmy sobie szczerze, nigdy nie jest się za starym, żeby się czegoś nowego nauczyć. ;)

Kreska Tomka powinna być Wam już dobrze znana. Prosta, przyjemna, bardzo "cartoonkowa", tym jednak razem wzbogacona kolorami Joanny Szłapy. Część z Was pewnie wie, że komiks, który prezentujemy poniżej jest wydaniem drugim. Pierwsze, w pełni czarno-białe, ukazało się nakładem Zakładu Badań Ssaków Polskiej Akademii Nauk. Dopiero w wydaniu drugim puszcza zazieleniła się kolorami nałożonymi przez Joannę. Osobiście wolę kolorowanie Tomka, ale jest kilka plansz (w tym okładka), które kolorystycznie mnie oczarowały. Dodatkowo, wydanie to rozszerzone jest o żubrze łamigłówki, zadania oraz galerię gościnnych ilustracji. Zaś nasz egzemplarz wzbogacony jest jeszcze przepiękną ilustracją od Tomka, specjalnie dla nas. Fajna prawda? ;)

Autor: Tomasz Samojlik
Kolory: Joanna Szłapa
Wydawnictwo: Krótkie Gatki (Kultura Gniewu)

wtorek, września 16, 2014

Napisany przez Michała Rzecznika i narysowany przez Przemka Surmę komiks z założenia miał być publikacją dla dzieci. Opowiada historię Adasia, typowego chłopca żyjącego na przełomie lat 88/89. Mieszka on z rodziną w mieście, ma swoją paczkę rówieśników, wędkuje z dziadkiem, stoi w kolejkach za prodiżem i marzy o klockach Lego (tu puszczamy oczko do Przemka, który od dawna, wraz z bratem, prowadzi blog inspirowany klockami Lego). Nie jest nikim szczególnym, nikim znanym. Jest typowym dzieckiem żyjącym w tamtych czasach, ale dla niektórych jest kimś więcej. No właśnie i tutaj pojawia się pytanie - czy faktycznie komiks 88/89 jest publikacją dla dzieci?
Michał Rzecznik scenariusz swojego komiksu oparł głównie na swoich własnych wspomnieniach i wspomnieniach ludzi pamiętających tamte czasu. Odnoszę wrażenie, że jest to publikacja, której mocną stroną jest bazowanie na sentymencie do czasów schyłku PRL. To komiks dla mnie, dla Grzegorza i całego naszego pokolenia. I trudno mi sobie wyobrazić jak odbiorą go współczesne dzieciaki czy nastolatki. Czy zrozumieją poszczególne sytuacje, żarty i będą śmiać się w tych samych momentach co my? Jestem tego ogromnie ciekawa ale niestety aktualnie nie mam pod ręką żadnego dziecięcego czytelnika...

Większość anegdotek w komiksie to sytuacje z codziennego życia dziecka w ówczesnych czasach. Braliśmy udział w podobnych lub podobne przytrafiały się naszym kolegom. Dzieci z miasta spędzały wakacje na wsi, a dzieci ze wsi odwiedzały krewnych w mieście. Ludzie stali w kolejkach po identyczne meblościanki i pomarańczowe składaki Romet, sprzedawało się butelki do skupu i nosiło śliskie mundurki do szkoły. Do rozpuku śmiałam się z historyjki o tym jak Adaś próbował zaobserwować na etykietach sklepowych "wzrost cen" i po nieudanych próbach obserwacji, doszedł do wniosku, że ceny muszą rosnąć w nocy. Takie właśnie rozterki towarzyszyły naszemu dzieciństwu. Grało się w gumę i siedziało na trzepaku.

Czy współczesne dzieci uznają czasy naszej młodości za "mega" nudne? Nie wiem. Rozumiem zasadne założenie autora, aby bawiąc śmiesznymi, codziennymi anegdotami przemycać między wierszami tekstu i w tle obrazków naszą historię najnowszą. Lecz czytając ten komiks cały czas zastanawiałam się nad tym, czy współczesne dziecko zrozumie choć trochę z tych historii. Pomijając już fakt, że cała sytuacja ówczesnego ustroju politycznego jest trudna do zrozumienia. W komiksie pojawiają się jeszcze słowa, które już dawno przestały obwiązywać w naszym codziennym życiu. Na szczęście akurat z tym autorzy poradzili sobie rewelacyjnie, umieszczając na końcu publikacji słowniczek. Tylko dlaczego nie ma w nim wyjaśnienia słowa kogel-mogel? Myślę, że obecnie nie jest to już tak popularny "słodycz", zwłaszcza w wegańskich domach. ;)

No dobrze, to jak jest w końcu z tym komiksem? Dla dzieci czy nie? Na koniec lektury doszłam do wniosku, że jest to komiks rodzinny. Bardzo ważny dla mojego, naszego pokolenia, ale też ważny w kontekście zachowania pamięci o tamtych, jakże odmiennych od obecnych czasach. Dlaczego komiks rodzinny? Wydaje mi się, że jest to idealna lektura do wspólnego przeczytania i przegadania z dziećmi.
Dorośli z pewnością rozwiną wiele wątków własnymi historiami i wytłumaczą niezrozumiałe sytuacje zawarte w komiksie. Przede wszystkim potwierdzą, że tak faktycznie było. Jestem przekonana, że wiele dzieci nie uwierzy w część historii z komiksu. A przecież one są wszystkie uniwersalnie prawdziwe.

A jak się prezentują ilustracje w tym komiksie, zapytacie? Rewelacyjnie! Zresztą zobaczcie sami.

Scenariusz: Michał Rzecznik
Ilustracje: Przemek Surma
Wydawnictwo: Widnokrąg
-
Komiks możesz kupić na przykład tutaj 
komiks 88/89

Najpopularniejsze ostatnio

 
undefined