niedziela, listopada 13, 2016

Galeria dzikich zwierząt. Południe to siostrzany album zaprezentowanej w poprzednim wpisie Galerii dzikich zwierząt. Północ. Oba albumy zostały wydane w tym samym czasie w ramach artystycznej linii wydawniczej Art-Egmont z wydawnictwa Egmont. Tak jak w przypadku albumu Południe, album Północ również został w całości zilustrowany przez Dietera Brauna. Mamy identyczny format, identyczną formułę - przepiękne, ogromne ilustracje oraz uzupełniające je ciekawostki na temat 88 zwierząt zamieszkujących południową półkulę ziemską.

Nie wyobrażam sobie powodu, dla którego ktoś mógłby nie chcieć mieć obu albumów. :)
-
Zobacz oba albumy z serii Galeria dzikich zwierząt tutaj.

Ilustracje: Dieter Braun
Wydawnictwo: Egmont
-
Sprawdź gdzie kupisz tanio.  

Wiem, że zabrzmię staro, ale "za moich czasów takich albumów nie było". Atlas zwierząt miał mieć przede wszystkim charakter edukacyjny, forma i część wizualna miała, delikatnie mówiąc, drugorzędne znaczenie. Cieszy więc fakt, że obecnie mamy tak szeroki wybór publikacji nie tylko ciekawych treściowo, ale też przyjemnych dla oka. Właśnie takie książki mają znaleźć się w oferowanej przez wydawnictwo Egmont linii wydawniczej - Art Egmont. Jak czytamy na ulotce - książki wydawane w ramach Art Egmont skierowane są zarówno do młodych, jak i starszych czytelników. Z jednej strony są to piękne książki obrazkowe, a z drugiej aktywizujące publikacje dla młodych i starszych. Jedną z takich publikacji jest prezentowana poniżej Galeria dzikich zwierząt. Północ oraz prezentowana w osobnym wpisie, siostrzana Galeria dzikich zwierząt. Południe.

Galeria dzikich zwierząt. Północ - to wyjątkowy atlas wybranych zwierząt zamieszkujących północną półkulę Ziemi. To niesamowita galeria 80 gatunków uchwyconych w postaci dużych, plakatowych ilustracji. Co ciekawe, za sportretowanie zwierząt odpowiedzialny jest Dieter Braun, ilustrator operujący dość charakterystycznym stylem. Nie znajdziecie tutaj portretów zwierząt wykonanych w fotorealistycznym, malarskim stylu, jak to często ma miejsce w innych, ilustrowanych atlasach zwierząt. Dieter tworzy swoje ilustracje w większości w oparciu o geometryczne, ostre kształty, ale z tak szczegółową dbałością o detal, że całość daje imponujący efekt. Uwierzcie mi, będziecie walczyć ze sobą, żeby nie wyciąć kartek z tej książki, oprawić w ramkę i powiesić na ścianie. Na szczęście nie będziecie musieli posuwać się do tak drastycznych kroków. Obwoluta książki to też ogromny plakat z jedną, wybraną z książki ilustracją. W Galerii dzikich zwierząt. Północ znajdziecie plakat pandy rudej.

Zdaję sobie sprawę, że strona wizualna tej publikacji przyćmi jej wartość informacyjną, ale żeby nie być gołosłownym, po moim przydługim wstępie, warto nadmienić, że książka jest pełna ciekawostek na temat prezentowanych w niej zwierząt. Dowiecie się z nich np. ile może ważyć niedźwiedź kodiacki, albo jakim zwierzęciem jest lodówka, czy to, że milusie pandy to w zasadzie drapieżniki.

Kupicie sobie albo dziecku - nie pożałujecie. :)
-
Zobacz oba albumy z serii Galeria dzikich zwierząt tutaj.
Ilustracje: Dieter Braun
Wydawnictwo: Egmont
-
Sprawdź gdzie kupisz tanio.  

środa, sierpnia 05, 2015

Pierwsza rodzina Marvela (trans. Marvel's First Family) zadebiutowała w 1961 roku na łamach własnego tytułu Fantastic Four. Komiks miał być odpowiedzią wydawnictwa na rosnąca popularność serii super-bohaterskich wydawanych przez konkurencyjne wydawnictwo DC Comics. W rzeczywistości dał początek nowej erze komiksów z przygodami obdarzonych super-mocami herosów i tym samym zapewnił wydawnictwu Marvel Comics niekwestionowaną pozycję komiksowego giganta po dzień dzisiejszy. Ojcami tego sukcesu byli Stan Lee oraz Jack Kirby, czyli ci sami panowie, którzy powołali do życia zastępy obecnie już kultowych postaci jak choćby Spider-Man czy Hulk oraz kolejne super-grupy takie jak Avengers i X-Men.

W pierwszym numerze komiksu Fantastic Four poznajemy głównych bohaterów, czwórkę poszukiwaczy przygód: Reeda Richardsa, jego przyszłą żonę Susan Storm, jej brata Johnnego oraz ich przyjaciela Bena Grimma, którzy na wskutek kosmicznego promieniowania zyskali super-moce. Polscy czytelnicy mieli okazję zapoznać się z wyrywkowymi przygodami tej grupy już w latach 90-tych dzięki przedrukom z wydawnictwa Tm-Semic.

Tyle jeżeli chodzi o skrótową historię serii. Czterdzieści cztery lata od premiery pierwszego numeru komiksu, wydawnictwo Marvel Comics wydaje albumowy hołd swojej pierwszej super-bohaterskiej serii. Maximum Fantastic Four, bo o niej właśnie mowa, to nietypowa pozycja stanowiąca przedruk pierwszego numeru o przygodach Fantastycznej Czwórki, z tą różnicą, że każdy panel oryginalnego komiksu został tutaj zamieszczony na osobnej stronie/stronach. Z 32-stronicowego komiksu, otrzymaliśmy 224 strony powiększonego albumu z grubą, sztywna okładką.
Cały album utrzymany jest w bardzo pop-artowym klimacie. Otrzymujemy coś na wzór obrazów Roya Lichtensteina, gdzie każdy z kadrów Jacka Kirbiego świetnie funkcjonuje osobno, zawieszony poza fabułą całego komiksu. To pop-artowe odczucie w sporej mierze zawdzięczamy też odświeżonym i mocno podkręconym kolorom, które znalazły dopiero w przedrukach komiksu. Oryginalne plansze komiksu i tym samym oryginalne kolory można oglądnąć na zamieszczonych na obwolucie skanach. Wspomniana obwoluta to fajny smaczek-dodatek. Z jeden strony mamy wspomniane skany plansz, a z drugiej okładkę pierwszego numeru komiksu Fantastic Four w formie plakatu.

Maximum Fantastic Four to pozycja zdecydowanie dla fana wizualnych perełek, mimo, że oryginalna narracja komiksu nie została tutaj naruszona, jest to album zdecydowanie bardziej do oglądania niżeli czytania. W momencie, w ktorym przygotowuję ten wpis tytuł jest nadal dostępny w promocyjnej (66,94 zł) cenie na Multiversum. Dlatego szczerze polecam spieszyć się. Wątpię by podobna promocja szybko się powtórzyła.

Scenariusz: Stan Lee
Rysunki: Jack Kirby
Wydawnictwo: Marvel Comics

wtorek, listopada 04, 2014

Czy narzekałem już tutaj na niewielką liczbę wydawanych w naszym kraju artbooków? Może dla niektórych osób jest to zbędna forma publikacji, ponieważ:
1. Nie opowiadają żadnej fabuły;
2. Pojedyncze obrazki mogę sobie pooglądać w Internecie, na stronie/blogu ulubionego autora.
No właśnie ja nie mogę, a przynajmniej mi to nie wystarcza. Dodawanie strony internetowej ulubionego autora do zakładek w przeglądarce to dla mnie jakaś pokręcona wersja posiadania na półce artbooka. Dlatego, jak tylko nadarza się okazja, zastępuję zakładkę w przeglądarce publikacją na półce.
Spośród wszystkich rodzajów artbooków, szkicowniki są mi najbliższe. Uwielbiam ich chaotyczną, nie zawsze przemyślaną, a co za tym idzie bardziej naturalną i szczerą formę. To w nich powstają pierwsze historie, pierwsze koncepty, zamysły, surowe wizje (nieubrane jeszcze w scenariusz i kadry) ulubionych komiksów. Tak było ze Szkicownikiem portugalskim. Po sukcesie komiksu Portugalia (mowa o oryginalnym wydaniu, polskie wydanie chyba sukcesem nie było) Cyril Pedrosa wydał zbiór najlepszych szkiców, jakie powstały w czasie jego pobytu w Portugalii, a które posłużyły jako materiały referencyjne do jego komiksu. Jeżeli podobała się Wam strona graficzna Portugalii, to ten szkicownik również przypadnie Wam do gustu. Zebrane na ponad 100 stronach pejzaże, kadry uliczek, portrety oraz sylwetki mieszkańców stanowią kwintesencje tego co znajdziecie/znaleźliście w komiksie Portugalia.

Wracając jeszcze do wspomnianego na początku, ewentualnego zarzutu (który ktoś mógłby rzucić), że artbooki pozbawione są fabuły, to w tym przypadku nie jest to do końca prawdą. Szkicownik portugalski to w dużej mierze pamiętnik z pobytu Pedrosy w Portugalii. Czytając tłumaczenia notek przy większości szkiców możemy poczuć się jak na spotkaniu z przyjacielem, który właśnie wrócił ze wspaniałego urlopu i pokazując nam zdjęcia, snuje luźno powiązaną opowieść swoich wakacji.

Szkicownik został wydany w bardzo fajnej formie, tak aby jak najlepiej imitował oryginalne szkicowniki moleskine, z których Pedrosa korzystał podczas swojej pracy.

Można pomarudzić na cenę, ale na różnych dyskontach i serwisach aukcyjnych można już wyhaczyć publikację za pięć dyszek. Warto!Nakład limitowany: 500 sztuk.

Autor: Cyril Pedrosa
Wydawnictwo: Timof Comics
Szkicownik portugalski

czwartek, sierpnia 22, 2013

Kim jest Michał Śledziński? Jeżeli na serio nie macie pojęcia, to ominęła Was w życiu kupa frajdy.
Ja osobiście nie czuję się na siłach, żeby w kilku zdaniach przedstawić Wam sylwetkę jednego z najbardziej zdolnych i prężnie działających twórców komiksowych. Ba, już nawet nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z pracami Michała. Pamięć przywołuje jakieś jego komiksy do gazet, ale wówczas to mógł być każdy. To, co uznaję za gigantyczny kamień milowy w obcowaniu z twórczością Śledzia, to pojawienie się pierwszego numeru Produktu w kioskach. Osiedle Swoboda, teraz już komiks kultowy (niedługo doczeka się trzeciej edycji wydania zbiorczego), wówczas pierwsza historia, w pierwszym numerze magazynu komiksowego Produkt. Jest rok 1999, liceum, lekcja pierwsza - matma, nauczyciel skacowany, lekcji nie będzie. Wyciągam zakupiony z samego rana w kiosku Ruchu nowy magazyn komiksowy, czytam i odpadam. To samo kumpel z ławki, kolejny kumpel, kolejna ławka i tak pół klasy, a po przerwie kolejne pół i kolejna klasa. O dziwo, jak na liczbę osób, które przewinęły się przez ten komiks, sam magazyn nie jest mocno sfatygowany, był szacunek. Tak to pamiętam. Do tego momentu wstecz sięga moja pamięć o komiksowych wyczynach Śledzia. Wszystko co działo się później, to oczywista wynikowa talentu Michała. Nie ekscytuję się już tak jak kiedyś na wieść o jego nowym komiksie. Uznaję to za naturalny proces. Ten człowiek, jak sam twierdzi, rysuje komiksy od dzieciaka. Czego innego można się po nim spodziewać, jak nie nowych, rewelacyjnych komiksów. Kto jest bardziej "płodnym" twórcą komiksowym młodego pokolenia, no kto?
Ktoś miał przyjemność oglądać Śledzia rysującego na żywo? Na pewno wielu z Was rysował ilustracje z autografem do komiksu. Patrząc jak rysuje dla nas wilka przypomniała mi się drukarka igłowa czy też ploter. Zip, prip, zip, kilkadziesiąt szybkich ruchów i ilustracja gotowa.
W momencie, w którym to piszę jest już zapowiedziana trzecia edycja albumowego wydania zbiorczego serii Osiedle Swoboda, o którym wspominałem wcześniej. Trzecie wydanie! Rozumiecie co to znaczy, prawda? Te obyczajowe, po części biograficzne, czy nawet autobiograficzne historie z blokowego osiedla "wychowywały" mnie i moje pokolenie (poza tymi, którzy nie czytali Osiedla). Minęło, ile? 14 lat? ...odkąd w Produkcie pojawiła się pierwsza historia z przygodami swobodnej ekipy? To już nie tylko kultowość, ale też w dużej mierze sentyment. Ten tytuł już na zawsze pozostanie Thorgalem, czy też Tytusem Michała Śledzińskiego. No dobra, w kółko o tym Osiedlu Swoboda, ale przecież nie określałbym Michała mianem "najbardziej płodnego, komiksowego twórcy młodego pokolenia" gdyby nie miał więcej "super strzałów" na swoim koncie. Wymienię trzy szczególnie bliskie mi tytuły: Fido i Mel - Na kozetce (może nie "super strzał", ale mam spory sentyment do tej komisowej pary), Na szybko spisane (czekam niecierpliwie na zakończenie tej trylogii) oraz Wartości Rodzinne. Celowo nie wymieniłem najnowszego, ostatnio wydanego komiksu Michała - Czerwony Pingwin musi umrzeć. Graficznie jest to przepiękny komiks i jest to Śledziu jakiego jeszcze moje oczy nie widziały, ... ale to dopiero pierwsza część i nie spodobało mi się to, że brutalnie przerwano mi dobrą zabawę. 
Reasumując (dla tych, którzy nie wiedzą) - Michał Śledziu Śledziński, scenarzysta i rysownik komiksowy, ilustrator, współtwórca i redaktor naczelny nieistniejącego już magazynu komiksowego Produkt, P-Lux oraz Azbest.
Przechodząc powoli do przedmiotu tej prezentacji, dziwi mnie trochę fakt, że do tej pory Śledziu nie doczekał się porządnego artbooka. Tym bardziej cieszy inicjatywa galerii miaART Gallery, która to w ramach wystawy prac Michała "Kadry w środku", wydała kolekcjonerskiego artbooka (o wystawie pisaliśmy tutaj). Co ciekawe, sam album nie jest tym, czego można się było spodziewać, czyli katalogiem z wystawy. Poza wspólnym z tym wydarzeniem tytułem, jest to odrębna publikacja bez odwołań do samej ekspozycji, co dla nas liczy się bardzo na plus. Artbook traktuje Michała bardziej jako artystę, ilustratora, niż komiksiarza. Mimo, że znajdziemy w nim kilka plansz i kadrów komiksowych, to skupia się on przede wszystkim na rozpiętości stylów i technik, jakimi operuje twórca. Tak jak wspomniałem jest to kolekcjonerskie wydanie, a co za tym idzie, bardzo limitowane (tylko 50 egzemplarzy). Zatem gratka dla kolekcjonera spora. Każdy jeden album jest ręcznie numerowany i sygnowany przez Michała. Nam udało się jeszcze wzbogacić nasz egzemplarz o rysunek wilka. Z tego co się orientujemy, to jeszcze kilka egzemplarzy artbooka jest do nabycia we wrocławskiej miaART Gallery. Jak kupić taki album? Najlepiej przejść się do galerii lub (dla osób spoza Wrocławia) po prostu napisać, zadzwonić, zapytać. Na pewno wysyłają. 

format 210×290 mm
twarda oprawa z obwolutą
objętość 64 strony
papier Alto Ivory 130g, brak uszlachetnień

Ilustracje: Michał Śledziński
Wydane dla Alias - Fundacja Wrocław,
miaART Gallery
Wydane przez Vertigo, ul. Jackowskiego 33, Wrocław

Kadry w środku. Artbook Michała Śledzińskiego

środa, lipca 31, 2013

Bardzo fajna publikacja zrodziła się ze współpracy galerii IllustrateYourself oraz wydawnictwa Tashka. To coś czego jeszcze nie widzieliśmy - międzynarodowa kolorowanka. Od razu na myśl przychodzi mi hasło z dzieciństwa "nie wychodź poza linie". Kolorowanie kolorowanek w moim wykonaniu, to zawsze był proces chaotyczny, zaś wychodzenie poza linie było standardem. Do dziś mi to zostało, ale teraz tłumaczę takie wychodzenie poza linie specyficznym urokiem ilustracji.

Wróćmy jednak do "Kolorowych miast", które trochę niesłusznie nazwałem kolorowanką. Ok, jest to kolorowanka, ale nie tylko. Spokojnie można określić tę publikację artbookiem, a nawet przewodnikiem turystycznym. Album prezentuje bowiem ilustracje wybranych artystów z Galerii IllustrateYourself, którzy tworząc swoje prace inspirowali się miastami, z których pochodzą lub w których obecnie mieszkają.
Jest to bardzo subiektywny przewodnik po miejskich zakątkach i momentami daje się odczuć emocjonalną wieź artysty z danym miejscem. Każdy z autorów stworzył ilustracyjne portrety miast, wycinki z pamięci tego, jak zapamiętali swoje miasto lub co według nich stanowi esencje tychże miast. To publikacja niecodzienna, świetna graficznie i edytorsko. W skrócie, to aż 150 stron, 56 ilustracji, 14 artystów, 14 miast, 6 krajów, 3 kontynenty. Ale jak to kraje, kontynenty? Tak jak wspomniałem, jest to publikacja międzynarodowa. Współtworzą ją zarówno artyści z Polski, jak i zagranicy. Po pokolorowaniu całej ulicy Piotrkowskiej w Łodzi możemy pomaziać Operę w Sydney, czy też bazar w Ulusie. Na tym jednak nie kończy się międzynarodowy charakter "Kolorowych miast". Album wydany jest w dwóch językach. Każde nowe miasto otwiera informacja o autorze oraz miejscach, które zilustrował, całość teksów napisana jest w języku polskim i angielskim.
Jeśli to Was jeszcze nie przekonało, to tylko przywołam kilka nazwisk, które powinniście przynajmniej kojarzyć: bracia Surma, Marta Szudyga, Ingrida Picukane.

Podsumowując:
To świetna publikacja dla najmłodszych, którzy swoją ciekawość świata mogą łączyć z zabawą w "niewychodzenie poza linie".
To świetna publikacja dla tych, którzy doceniają dobre ilustracje i lubią mieć ładny artbook na półce.*

* wybierz jedno z powyższych, które do Ciebie pasuje :)

ps. kolejni artyści, kolejne miasta już w 2014, na kiedy to planowana jest druga część albumu. 

projekt graficzny albumu: Katarzyna Kucharska & Jakub Mazerant
artyści: Przemek "Surpiko" Surma, Marcin "Xulm" Surma, Robert Romanowicz, Marta Szudyga, Paweł Pyzik, Marcin "Poprostu" Gręźlikowski, Adam Quest, Katarzyna Kołodziej, Paweł Zawiślak, Jakub Mazerant, Adam Pękalski, Jieun Park, Ingrida Picukne, Christopher Corr
okładka: Marcin "Poprostu" Gręźlikowski
wyklejka: Christopher Corr
miasta: Lublin, Łódź, Kazimierz Dolny, Katowice, Warszawa, Toruń, Poznań, Kraków (Polska); Jeonju (Korea Południowa); Sydney, Melbourne (Australia); Ankara (Turcja); Ryga (Łotwa); Londyn (Wielka Brytania)
Wydawnictwo: Tashka


Kolorowe Miasta - Coloured Cities

czwartek, czerwca 20, 2013

Bum i wziu!
Przyleciał i jest! Trzeci numer kwartalnika poświęconego ilustracji "Gili Gili prezentuje" jest totalnie kosmiczny. Nie tylko dlatego, że motywem przewodnim tego numeru jest właśnie kosmos, ale przede wszystkim dlatego, że Gili Gili nadal trzyma bardzo wysoki poziom jeżeli chodzi o prezentowane prace. Jeżeli wpadliście tu z marszu i nie znacie jeszcze Gili Gili, to zerknijcie koniecznie na naszą prezentację dwóch poprzednich numerów, o tutaj.
Ogólnym założeniem kwartalnika jest prezentacja ilustracji zarówno tych znanych, jak i mniej znanych twórców. O ile poziom doświadczenia autorów nie gra tutaj większej roli, to poziom ich poszczególnych prac przygotowanych do numeru musi być (i jest) naprawdę na wysokim poziomie. Magazyn jest poświęcony ilustracji i w zasadzie poza nimi nie posiada innych treści. To swego rodzaju artbook, ale nie tylko. Zaproszeni twórcy tworząc swoje prace na dany temat, budują wspólnie nieformalną, wizualną opowieść. Oglądając poszczególne numery "Gili Gili" czuję się trochę, tak jakbym oglądał teledysk – wielość obrazów, różne ujęcia, a jeden ten sam temat.
Ponownie, tak jak to było w przypadku dwóch poprzednich numerów i tym razem mamy swoich faworytów, którzy wysłali nas swoimi pracami w kosmos. Powaga!
Musimy to powiedzieć – kochamy okładkę! A właściwie pokochaliśmy od pierwszego wejrzenia JanaVan Der Veken. Dzięki za to Gili Gili! Poza tym nasi faworyci z tego numeru to: Bolesław Chromy, Magda Drobczyk i BURNBJOERN, jeśli chodzi o bardziej komiksowe ilustracje oraz Artur Blusiewicz, Joanna Kogut, Katarzyna Srobiszewska i Shuei Yamashita, jako autorzy tych bardziej konceptualnych prac.
Poza tematem przewodnim numeru, ilustratorzy mierzą się jeszcze z przewodnim motywem kolorystycznym. Niestety zdjęcia nie oddadzą jego faktycznego odcienia, ale jest naprawdę - i tutaj z góry przepraszam - "oczojebny".:) Pięknie kontrastuje z czernią na wielkich, białych planszach . Poza tym genialnym kolorem wszystko inne (czyt. papier, skład) są również najwyższej próby i nie ma się do czego doczepić. Zastanawiamy się jeszcze, czy wszystkie egzemplarze pakowane są tak jak nasz, czyli w złota folię – my dzięki temu od razu wiedzieliśmy, że to będzie kosmicznie odjechany numer. :)

Gdzie kupić? No choćby tutaj.

Autorzy: Michał Bartłomowicz, Artur Blusiewicz, BURNBJOERN, Monika Chlebek, Magda Drobczyk, Gabriela Hübner, Katarzyna Hugstoli, Joanna Karpowicz, Ewa Kawecka, Joanna Kogut, Maja Maciejewska, Daria Malicka, Aleksandros Mistriotis, Monika Niwelińska, Marta Niedbał, Natalia Nowacka, Trevor Philips, Marta Przybył, Rafał Pytel, Paulina Semkowicz, Damian Siemień, Katarzyna Skrobiszewska, Zofia Szczęsna, Krzysztof Świętek, ShuHei Jamashita, Jan Van Der Veken, Dariusz Vasina

Wydawnictwo: Gili Gili 

środa, kwietnia 24, 2013

W końcu przyszła wiosna. W końcu, ponieważ z niecierpliwością czekaliśmy na dzień, kiedy będziemy mogli wyjść na dwór i pocykać zdjęcia bez obawy, że nam łapki zmarzną. Ta konkretna publikacja czekała kilka miesięcy na swoją plenerową sesję i w końcu się doczekała. Owszem, mogliśmy porobić zdjęcia w naszej pracowni, ale widzicie, jest jeszcze jeden ważny powód dla którego czekaliśmy z niecierpliwością na ciepłe, słoneczne dni. To jest w końcu ta pora, kiedy można już myśleć o wycieczkach i foto-spacerach. Co tu dużo mówić, już teraz możecie zacząć planować swoją wycieczkę śladami wrocławskich murali i właśnie ten album, który za chwilę zaprezentujemy Wam w tym pomoże (a na pewno mapka do niego dołączona). My też się na taki wypad szykujemy.

O samym OUT OF STH pisaliśmy w ramach poprzedniego katalogu, więc nie chcielibyśmy się za bardzo powtarzać. W zeszłym roku miała miejsce już trzecia edycja tego streetartowego wydarzenia, a jego podsumowanie znajdziecie właśnie w prezentowanym albumie OUT OF STH VOL.3.
Z tego albumu cieszymy się szczególnie, ponieważ nie mogliśmy uczestniczyć we wszystkich wydarzeniach 3. edycji festiwalu OUT OF STH i dzięki tej właśnie publikacji możemy choć trochę nadrobić braki.

Obserwowaliśmy OUT OF STH od pierwszej edycji i kibicujemy temu wydarzeniu bardzo mocno. W 2008 roku w Polsce mało kto znał określenie „street art”, większość ludzi malowanie na murach kojarzyło jedynie z tagami i graffiti. Naszym skromnym zdaniem to właśnie Wrocław, pomimo długiej historii muralu artystycznego i reklamowego, rozpowszechnił w Polsce ideę muralu na skalę, można rzec, masową. Po sukcesie OUT OF STH w wielu polskich miastach nastała niemalże „moda na murale”. Ma to swoje dobre i złe strony, ale najfajniejsze jest to, że coraz więcej osób nie tylko wie czym jest mural, ale zaczyna rozumieć i zauważać szerszą perspektywę działalności artystycznej w przestrzeni miejskiej. Bo przecież murale to tylko jeden z przejawów street artu. I pokrótce można powiedzieć, że właśnie to miała pokazać trzecia edycja tego wydarzenia. Oprócz murali i wystaw, można było zobaczyć lub nawet uczestniczyć w projektach, które znacznie mocniej niż pomalowane ściany dotykają mieszkańców miast. Przykładem niech będzie akcja „Baraca”, podczas której artystka zbudowała dom z mieszkańcami cygańskiego koczowiska. To nie był dom z cegieł ani drewna, tylko taki jak inne na wrocławskim koczowisku – ze znalezionych elementów: blach, tektur itp. To próba wejścia w skórę innego człowieka, próba zrozumienia go przez jego środowisko, a nie obserwacja z daleka. Ważny dla nas, jako projektantów jest projekt RE: DIZAJN – zaproszeni projektanci zaprojektowali identyfikację wizualną dla trzech zakładów rzemieślniczych (magiel, szewc i jubiler). Efekty są niesamowite i marzy nam się więcej takich akcji – polskie ulice aż się o to proszą. Bardzo podobała nam się też rowerowa wystawa (którą dane nam było zobaczyć na własne oczy) i performance grupy Łuhuuu! (dziewczyny weszły pod kratki w chodnikach – trochę straszne;). Zresztą jak zaczniemy się rozpisywać o każdym projekcie, który nas poruszył, to wyjdzie nam tu drugi album powystawowy. Po prostu kupcie, przeczytajcie, zobaczcie i przyjedźcie do Wro!

Ach, no i na koniec rzeczy bardzo ważne dla nas jako projektantów, kolekcjonerów, ludzi doceniających dobry produkt. Tak jak przy prezentacji poprzedniego albumu, teraz też zachwycamy się albumem jako designerską publikacją. Sposób składu, dbałość o szczegóły, kolory, cud, miód i maliny. Tym razem publikacja zyskała płócienną tłoczoną okładkę, co sprawia, że wygląda jeszcze bardziej albumowo i elegancko. Znów mamy nietypowy introligatorski sposób złożenia książki z widocznym szyciem (kochamy to!). I znowu Grupa Projektor przyłożyła starań aby każdy nagłówek, podpis i fotografia były po prostu na najwyższym poziomie. Może nie interesować Cię treść, ale musisz docenić fakt, że ten album jest po prostu rewelacyjnie zaprojektowany.

Katalog możecie nabyć w wrocławskiej galerii BWA.

Wydawca: BWA Wrocław
Kuratorzy wystawy: Sławek ZBK Czajkowski, Joanna Stembalska
Projekt i skład: Grupa Projektor 



OUT OF STH Vol.3

wtorek, listopada 06, 2012

Kiedy pierwszy raz w nasze łapki wpadł egzemplarz Gili Gili przez myśl nam nie przeszło, że to polskie wydawnictwo. Szczerze mówiąc pomyśleliśmy nawet – fajnie, że ktoś wreszcie zaczął sprowadzać na polskie półki coś fajnego z zagranicy. Kiedy dotarliśmy do ostatniej strony i zobaczyliśmy polskie nazwiska nasze zaskoczenie było duże, ale dużo większe było też zaciekawienie: kto, jak, gdzie i dlaczego?

Postanowiliśmy zgłębić tę sprawę i dowiedzieliśmy się kilku ciekawych rzeczy. Po pierwsze zaznaczamy: nie ma drugiego takiego magazynu jak Gili Gili w Polsce. Zastanawialiśmy się przez chwilę, czy to w ogóle jest magazyn, czy może coś innego… Autorzy zostali przy określeniu swego produktu „magazynem”, bo inne słowa zbyt mocno ograniczają pełen zakres tego czym jest Gili Gili. A dlaczego było to takie trudne? Bo w Gili Gili nie znajdziemy żadnych tekstów, a jedynie duże ilustracje, które ułożone są luźno choć nieprzypadkowo – trochę budują coś na wzór historii ale nie jest to narracja oparta na żadnej fabule – jedynie na zadanym w danym numerze haśle przewodnim.

I to właśnie temat przewodni determinuje dobór konkretnych artystów do danego numeru magazynu. Po określeniu tematu zespół Gili Gili poszukuje pasujących do tematu twórców. Redakcja przyznaje, że coraz częściej twórcy zgłaszają się sami i jeśli tylko stylistyka ich prac odpowiada tematyce numeru, są oni zapraszani do współpracy (więc śmiało można wysyłać zgłoszenia ;). Założeniem magazynu jest promocja polskich ilustratorów i to nie koniecznie tych znanych i popularnych.

Co ciekawe Gili Gili to nie tylko magazyn. Sami o sobie mówią, że są bardziej grupą artystyczną niż klasyczną redakcją. Każdemu numerowi magazynu towarzyszy wystawa prac artystów z nim związanych; organizowane są także indywidualne wystawy poszczególnych twórców. W ramach działań grupy artystycznej powstała także seria T-shirtów z ilustracjami twórców.

Okazało się też, że nasze pierwsze skojarzenie z zagranicznymi publikacjami nie było zbyt odbiegające od rzeczywistości. Autorzy przyznają, że podczas tworzenia założeń magazynu odbyli podróż do Portugalii, gdzie odkryli mnóstwo ciekawych wydawnictw, m.in. publikacje wydawnictwa Nobrow (uwielbiamy!). Jednocześnie zespół podkreśla silne inspiracje starymi polskimi tekami graficznymi i magazynami ilustrowanymi takimi, jak stary Przekrój, Ty i Ja, itp.

I jeszcze z ważnych info:
- Gili Gili to grupa w składzie: Artur Blusiewicz, Joanna Kogut, Maja Maciejewska, Katarzyna Skrobiszewska, Darek Vasina
- dotychczas ukazały się dwa numery Gili Gili prezentuje: #1 EYJAFJALLAJOKULL oraz #2 ZAZDROŚĆ I MEDYCYNA

"Gili-Gili prezentuje" możecie kupić bezpośrednio poprzez stronę Gili Gili, oooo tutaj - http://gili-gili.com
Na stronie znajdziecie też listę stacjonarnych księgarń, które oferują sprzedaż magazynu.
Komiksiarzy ucieszy fakt, że "Gili Gili prezentuje" można kupić w sklepie i na stoiskach Centrali: http://centrala.org.pl/publikacja/gili-gili-prezentuje-nr1-eyjafjallajokull oraz http://centrala.org.pl/publikacja/gili-gili-nr-2-zazdrosc-i-medycyna

Warto!!!
Zresztą co dużo opowiadać, zobaczcie sami, co się kryje w Gili Gili prezentuje!

a jeżeli spodoba się Wam to co zobaczycie to tutaj możecie się zaprzyjaźnić z Gili Gili

Wydawnictwo: Gili Gili

czwartek, września 27, 2012

Wrocław streetart'em stoi. Jeszcze kilka lat wstecz z trudem takie stwierdzenie przeszłoby by nam przez gardło.
Sami nie do końca pamiętamy jaka była nasza świadomość streetartu sprzed roku 2008, kiedy to  
na ścianach wybranych budynków mieszkalnych pojawiły się ogromne murale. Cała inicjatywa w pełni legalna, wspierana przez władze miejskie, istniejąca już od dawna choćby na zachodzie Europy, dla nas zupełnie nowa.
Mamy wrażenie, że w pozostałych miastach boom na murale w przestrzeni miejskiej nastąpił mniej więcej w tym samym momencie.
We Wrocławiu jego inicjatorem była Galerie Sztuki Współczesnej BWA, zaś kuratorem całej inicjatywy zostali: Joanna Stembalska oraz Sławek ZBK Czajkowski (streetartowiec).
To oni byli i nadal są odpowiedzialni za zorganizowanie wystawy „OUT OF STH”, która określana jest jako pierwsza polska, a zarazem międzynarodowa wystawa, prezentacja urban art w kontekście galeryjnych ujęć sztuki współczesnej. „OUT OF STH” to nie tylko serie wystaw galeryjnych, to także spotkania z twórcami wywodzącymi się z nurtu urban art, wydarzenia muzyczne, warsztaty oraz wykłady.
„OUT OF STH” to też, a może przede wszystkim realizacje muralistów z całego świata na wybranych wrocławskich ścianach w ramach projektu „Breakin’ the Wall”. Nie ukrywamy, że ta cześć projektu jest dla nas najbardziej interesująca.
W momencie kiedy piszę ten tekst, we Wrocławiu zakończyła się już trzecia edycja „OUT OF STH”. Dwie poprzednie śledziliśmy ze zdumieniem i podziwem. Z aparatem na szyi i mapką w dłoni przemierzaliśmy nieznane nam wcześniej wrocławskie uliczki oraz podwórka, po to by móc podziwiać prace takich twórców jak: M-City, Otecki, Blu, Jiem, Erica Il Cane, FRMkid, ZBK, Sickboy. W tym roku jednak z powodu natłoku pracy, wyjazdów i jeszcze innych czasopochłaniaczy, nie zdołaliśmy zobaczyć ani jednej wystawy czy też naściennej realizacji.
Tym chętniej skusiliśmy się na zakup jakże promowanego na Facebook'u katalogu „OUT OF STH” Vol.3. Liczyliśmy, że uda nam się chociaż zdjęciowo nadrobić to na co nie mieliśmy czasu w realu.
Katalog prezentuje się świetnie. Duży format, gruby papier. Przy pierwszym otwarciu piorunuje nas myśl „cholera, rozklejony egzemplarz”. Nic bardziej mylnego. Specyficzna forma szycia kartek i nieprzyklejenie ich do grzbietu w istocie chroni zawartość przed odklejaniem. Bardzo fajny pomysł. Trochę prosi się by go dopracować, żeby wyglądał na bardziej oczywisty.
Drugie co nas uderzyło to fakt, że katalog określany mianem Vol. 3 jest w istocie podsumowaniem pierwszych dwóch edycji „OUT OF STH”. Właściwie to drugiej edycji, ale znajdujemy strony z retrospektywnymi zdjęciami murali z pierwszej wystawy. Po części sami jesteśmy odpowiedzialni za swoje lekkie rozczarowanie. Nie pomyśleliśmy, że miedzy wydaniem katalogu a zakończeniem trzeciej edycji minęło zbyt mało czasu by przygotować takie wydanie. Kiedy już rozczarowanie z nas zeszło z zachwytem zaczęliśmy przeglądać raz jeszcze zawartość katalogu. To naprawdę dobry album. Świetnie zaprojektowany, typografia miodzio. Duży format (większy niż A4) idealnie nadaje się na całostronicowe zdjęcia prezentujące „work in progress” oraz gotowe realizacje. Przez swój skład bardziej przypomina współczesny magazyn modowy niż nudny album o sztuce. Same zdjęcia również przypadły nam bardzo do gustu. Bardzo nam leży takie luźne podejście do fotografii bądź co bądź dokumentalnej. Katalog nie byłby katalogiem bez odrobiny treści. Jeżeli pierwszy raz stykacie się z „OUT OF STH” to dowiecie się z tej publikacji trochę więcej na temat idei oraz historii samego projektu. Także kilka słów opisu otrzymały wystawy i instalacje związane z „OUT OF STH”. Będziecie mogli zapoznać się z zarysowanymi sylwetkami twórców murali oraz zagłębić się w mapkę Wrocławia z lokacjami murali powstałych w ramach pierwszych dwóch edycji.
Zdecydowanie,wydanie to warte jest swojej ceny (43 PLN) – do nabycia w Galerii Sztuki Współczesnej BWA. Polecamy nie tylko fanom urban artu.

Jeszcze na koniec, żeby marudzenia nie było za mało, musimy się przyczepić do okładki. Nie wygląda jak okładka albumu, który był kupiony miesiąc wcześniej. Papier jakim powleczona jest okładka, zbyt delikatny i podatny na przetarcia. W miejscach zgięcia okładki i na rogach już mamy wytarte. Więc musicie na to zwrócić uwagę i traktować ostrożnie :)

Wydawca: BWA Wrocław - Galeria Sztuki Współczesnej


poniedziałek, listopada 14, 2011

Musieliśmy trochę poszperać w internecie, żeby dowiedzieć się czegoś na temat tego albumu. Tak to jest jak się kupuje coś na wyprzedaży, na czystym spontanie. Na pierwszy rzut oka, album ten wydawał się być prawdziwą gratką dla geeków i kolekcjonerów nietypowych zabawek oraz figurek winylowych. Nadal tym jest ale jak się okazało też i czymś więcej. Chociaż chcemy wierzyć, że nie zaliczamy się do powyższej grupy, to ciężko nam było obojętnie przejść obok tej pozycji.
Kartkując album, przed oczami przewijają się przeróżne, dziwaczne wręcz zabawki, ewidentnie wywodzące się z komiksowej i filmowej kultury Japonii. Są tu potwory z Godzilli, kosmiczne roboty, macko-oczy i inne trudne do zdefiniowania stwory. Po kulturze, która wymyśliła Godzille, Super Sentai (Power Rangers) czy choćby Mangę i jej animowaną inkarnację Anime, trzeba oczekiwać czegoś dziwacznego, to jasne.
Super 7 to grupa zapaleńców, która właśnie te dziwactwo szanuje, wielbi i czci. Kolekcjonują, opisują, a nawet sprzedają. Ta publikacja jest również zasługą Super 7.Właściwie jest to katalogowy przegląd japońskich zabawek oraz figurek winylowych od lat 70. po początek drugiego tysiąclecia.
Uwielbiamy winylowe zabawki i cała kulturową otoczkę z nimi związaną. Nie jest to coś co jest właściwe tylko dla naszego kręgu kulturowego. Powtarzalny model zaobserwować można w wielu krajach na całym świecie. Można mówić o znanych wszystkim schematach, modelach, wyobrażeniach, stylach, ale w tej książce tego nie ma.
Jak sami autorzy piszą w manifeście otwierającym katalog, nie wszystkie zabawki są sobie równe. Doceniane są te, które stanowią efekt nietuzinkowego pomysłu, techniki oraz wykonania. Autorzy przeciwstawiają się szarym masom, akceptującym "proste odpowiedzi". Po przejrzeniu całego katalogu nietrudno nam zrozumieć ich postawę. W tych zabawkach naprawdę można się zakochać.
Aż mam ochotę wywrócić cały strych do góry nogami w poszukiwaniach figurki Godzilli z lat dzieciństwa.

Jeszcze na koniec ciekawostka. Szukając informacji o albumie trafiliśmy na termin "mook". Okazało się, że używa się go do opisania materiałów drukowanych, które nie są ani książką ani czasopismem, tylko fuzją tych dwóch. Katalog jest bardzo ładnie wydany - oprawiony jest w grubą okładkę i dodatkowo wsuwany do sztywnego, czarnego i eleganckiego etui ze złotym, wtłoczonym motywem. Skład książki jest bardzo magazynowy i stylistyką przypomina czasopismo o modzie ulicznej czy sztuce.Całość wydana na grubym, błyszczącym papierze idealnie prezentując świetne zdjęcia zabawek.
Jak na katalog przystało, poza prezentacją, zawiera tabele spisujące zabawki z określeniem ich serii oraz rokiem, w którym trafiły na rynek. Dodatek stanowią wywiady z kolekcjonerami.

Autor: Super 7
Wydawnictwo: Super 7 Media, Inc.



poniedziałek, sierpnia 15, 2011

Dziś trochę przekornie. Zamiast smakowitego kąska, raczej zwyczajny schabowczak, znaleziony na dnie lodówki.

Każdy kto czytał Spawn'a powinien kojarzyć nazwisko Grega Capullo. To ten pan, który przejął graficzną pałeczkę wspomnianej serii po Toddzie Mcfarlanie. Początkowo zaczynał jedynie jako tuszownik serii, po to by z numerem 26 przejąć serię jako regularny rysownik. Tak narodziła się biedniejsza wersja Todda Mcfarlanea. Domyślam się, że to zwyczajnie polityka firmy, aby rysownik kontynuujący serię oddał graficzny klimat narzucony pierwotnie przez twórcę serii. To takie małe oszustwo w celu udobruchania czytelników, którzy zdążyli się przyzwyczaić do graficznej strony komiksu. Osobiście nie uważam tego zabiegu za coś złego. Wiele tytułów stosuję tego typu politykę. Bardziej zastanawia mnie, jak bardzo jest to ograniczające dla samego rysownika. Trzymając w dłoni album autorski Capullo, można stwierdzić, że bardzo.

Naturalnie Capullo w miarę przerobionych kilkudziesięciu numerów serii, próbował delikatnie odchodzić od stylu Mcfarlanea. Faktycznie, odszedł, ale nie na tyle, żeby można było powiedzieć, że dorobił się własnej, interesującej kreski. Nawet w przypadku jego autorskiego komiksu The Creech, rysunek trąci Toddem. Capullo opuszcza Spawna w 1999 roku, po to by w 2003 powrócić z nowym nastawieniem graficznym. Tym razem artysta tworzy okładki w technice cyfrowego malarstwa dla serii Spawn oraz Case Files: Sam & Twitch. Chyba dopiero w tym momencie można było powiedzieć, że mamy do czynienia z własnym stylem Capullo. Tyle, że mimo pozbawienia naleciałości Mcfarlanea, to nadal nic rewelacyjnego.

Nie jesteśmy jakoś specjalnie na "nie" w stosunku do prac tego autora. Jednak, gdyby nie fakt, że album ten trafił w nasze ręce praktycznie za grosze, raczej nie skusilibyśmy się na jego zakup. Podsumowuje on dorobek prac Grega przy seriach związanych ze światem Spawna. Prezentuje on wszystko to o czym wspomniałem już wyżej. Są tutaj zarówno okładki, jaki pin-upy, niewydrukowane materiały, a także szkice. O tych ostatnich nie warto nawet wspominać. Są to luźne bazgroły ze szkicowania artysty, niestety bardzo, ale to bardzo, słabe.

Reasumując, bardzo przyjemnie i sentymentalnie było raz jeszcze zanurzyć się w świecie Spawna.
Jednak, nie będąc ortodoksyjnym fanem twórcy, album pełen naprawdę ładnych i poprawnych prac, to niestety za mało. Można go oglądnąć, kartka za kartką, odłożyć na półkę i być pewnym, że szybko się do niego nie wróci.

Szkoda.

Autor: Greg Capullo
Wydawnictwo: Image Comics


czwartek, czerwca 16, 2011

Korzystając z okazji zbliżającej się wizyty jakże zagubionego w czasie gościa, chcielibyśmy zaprezentować ten oto smakowity kąsek z naszej półki. Simon Bisley, ponieważ o nim mowa, wywoływał szybsze bicie serca prawie u każdego fana komiksu. Zgodnie z zapowiedzią ma on gościć na tegorocznym Bałtyckim Festiwalu Komiksu w dniach 25-26 czerwca. Jest więc szansa, że czas się cofnie, a krew w żyłach nienaturalnie przyśpieszy. Każdy pamięta Sąd nad Gotham, Ostatniego Czarniana, Rogatego Boga i jeszcze kilka innych mniej lub bardziej cenionych tytułów. To one sprawiły, że w Polsce Simon był niemalże bogiem. Tylko, że słowo "był" ma tu ogromne znaczenie. O dobrych kilkanaście lat spóźniła się wizyta Bisleya w Polsce. Jesteśmy przekonani, że w tamtych latach konwent z jego udziałem zgromadziłby masy, żeby nie powiedzieć rzesze fanatyków. Teraz? Teraz, na pewno będzie można liczyć na ortodoksów, ludzi zawieszonych w czasie i tych z sentymentalną łezką w oku. Pewnie to oni będą tworzyli trzon fanów witających "mistrza" w naszym kraju. My osobiście zaliczamy się do tej ostatniej grupy. Pewnie stąd taki album na naszej półce. Prace Bisleya nie przestają zachwycać. Troszeczkę jest z nimi jak z winem, im starsze tym wytworniejsze. Polecamy ten album każdemu fanowi Bisleya, ale także tym, którzy cenią sobie bardzo dobrą warsztatowo twórczość malarsko/komiksową. Album prezentuje wybraną część dorobku autora: plansze z komiksów, albumów, pinupy, okładki, ilustracje, obrazy.

Autor: Simon Bisley
Wydawnictwo:  Metal Mammoth, Inc

sobota, stycznia 01, 2011

Ten dość nietypowy album malarski został upolowany przypadkiem na jednym z popularniejszych serwisów aukcyjnych. Książeczka o niewielkich rozmiarach (ok.13x13cm) stanowi zbiór równo stu miniatur malarskich, z których każda kolejno graficznie odlicza swoją pozycję w zbiorze. Pierwsze zetknięcie się z zawartością nasuwa skojarzenie - kreskówki z Cartoon Network. Okazuje się ono całkiem trafne po przeczytaniu wstępu. Tim Biskup wyjaśnia w nim, że przez lata tworzył tła i scenerie do produkcji animowanych, a to nauczyło go pracować szybko i mało. Zagłębiając się kartka za kartką w dziwaczną zawartość albumu trudno jest uznać ten styl pracy za wadę. Jest to wręcz niemożliwe.

autor: Tim Biskup 
wydawnictwo: Dark Horse Books | 2004

Najpopularniejsze ostatnio

 
undefined